CO W NOSIE KRĘCI

Wpisy

  • wtorek, 03 października 2017
    • Widian - Velvet Collection: Delma, Liwa

      Widian to perfumy ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich pomyślane i skrojone dla zachodniego odbiorcy. Mamy więc zmyślny miks orientalnych składników i europejskiej powściągliwości, w wyniku którego powstały perfumy wystarczająco obfite i odpowiednio grzeczne. Z jakim efektem? Bywa różnie, o czym napiszę na podstawie dwóch zapachów: Delma (wyspa, nie mylić z margaryną) i Liwa.

       

      widian_14900206560967

      Na mój nos w Delmie coś poszło nie tak. Spodziewałam się kwiatów i owoców, ale jednak suchszych i przewianych - znajdujemy się bowiem na wyspie, ale jednak w strefie podzwrotnikowej. Tymczasem wiatru i pustyni nie widać, choć oko wykol, drzewna baza również niestety zginęła w kwiatowo-owocowym sosie, który pokrywa syropowatą, żrącą kołderką dokładnie wszystko. O gwajaku i galbanum przez pierwszą godzinę mogę sobie co najwyżej poczytać. Na Fragrantice przeczytacie o dominującej nucie pianki marshmallow, ale dla mnie ta lepiąca się słodkość nie ma nic wspólnego z delikatnością pianki. Po jakimś czasie spod tej masy zaczynają wystawać kawałki drewna, jednak do końca zapach pozostaje drapiącym w gardle, rozbuchanym soczkiem, który jedną nogą tkwi w latach osiemdziesiątych. Być może wąchany jako powiew jest przyjemniejszy, niż bezpośrednio ze skóry, bo wywołuje zachwyty.

      Trwałość, wysycenie i projekcja bardzo dobre, jest ogon.

       

      widian_14905077620948

      Liwa nie budzi natomiast żadnych wątpliwości - to kompozycja udana, równie jak Delma bogata, ale jednak bez porównania bardziej noszalna i elegancka. Nie znajdziesz tu ani olejkowej róży, ani acetonowego jaśminu - kwiaty wyciśnięto z orientu i zostawiono tylko proste, suche, czyste i architektoniczne linie, by zrobić z nich przestronny gmach. Potem tę przestrzeń wypełniono dymem - początkowo jest gorący i pełen czerwonych iskier, stopniowo stygnie do błękitnej mgiełki, niemal ozonowej. To niemal robi tu jednak kolosalną różnicę, możecie wierzyć osobie, która jest na bakier w nutami oceanicznymi i powietrznymi. Kiedy wydaje się, że molekuł nie da się już bardziej rozrzedzić bez "znikania" zapachu, ten zestaw otwiera się jeszcze bardziej, i przenicowuje, ukazując półmatową, gładką podszewkę. W tym tajemniczym miejscu, ukryta pod pozorem chłodu, mieszka cała promienność bazy Liwy, ciepłej i pulsującej jak życie.

      Trwałość i wysycenie wspaniałe. Podobnie jak projekcja.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      elve
      Czas publikacji:
      wtorek, 03 października 2017 20:36
  • czwartek, 07 września 2017
  • wtorek, 15 grudnia 2015
  • poniedziałek, 16 listopada 2015
    • Truchła w nosie, czyli edycja odnaleziona much

      Blog wraca po długiej, najdłuższej chyba w swojej historii przerwie spowodowanej przygodą życia. Czy warto było? Oczywiście. Czy dalej interesuję sie perfumami? Odpowiedź na to pytanie jest trudniejsza, niż się spodziewałam. Czy w związku z tym przestaję pisać bloga? Nie, a w każdym razie jeszcze nie. Ale nie mam już tego lęku, że beze mnie będzie puściej. Albo inaczej: puściej nie znaczy gorzej.

      oihyr

      Nie spodziewajcie się, że kiedykolwiek nadrobię jakiekolwiek zaległości. Ja się już nie spodziewam. Zrobiło się jak z czytaniem: nie da się przeczytać wszystkiego interesującego, więc odechciewa się to robić w ogóle. Czas nadmiaru. A ja przecież od jakiegoś czasu raczej usuwam niż gromadzę. Jakie to wspaniałe uczucie: zostawić za sobą wszystko, co nie przynosi radości.

      Z perfum, które chcę zostawić za sobą wspomnę tu o Oud Satin Mood Kurkdjiana. Po znakomitym, owocowym Oudzie, po doskonałej trójce poprzednich Moodów, ten bije po nosie niedoróbką. Jest przesłodki w zły sposób, zawiera niedystyngowaną, nachalną różę, i niebywale się ciągnie. To odpowiednik niezrozumiałego, siedmiogodzinnego filmu perskiego, z którego nie możesz wyjść, bo obrazisz gospodarza, który Cię na niego w najlepszej wierze zaciągnął. A może w nienajlepszej? Nie wiem, co miał na myśli Francis projektując tę karykaturę. Tak samo jak nie wiem, co mają na myśli dezajnerzy swetrów z cienkiej wełny, które należy nakładać na nagą skórę. Chyba w piekle.

      Perfumy, które mogłabym ze sobą wziąć, gdybym nie miała nic lepszego: to na przykład niedawny Carner, czyli Palo Santo. Na plus zaliczam mu to mienienie się między cedrowym i półsłodkim musem do picia, zmąconym mlekiem, zaskakująco blisko spokrewnionym z czekoladą, a chłodnym, ziemistym i zielonym wetiwerem. To jest wciągająca gra o sumie niezerowej, tak zarzuca się wędki na grube ryby. Wyłaniająca się z tej wymiany drzewność jest doniosła i do zapamiętania, a to skarb w dzisiejszych czasach. Pod tym wszystkim unosi się jeszcze pylisty akord bobu tonka, co sprawia, że zapach jest naprawdę nieznajomy, a do tego piękny. Nie mamy szczególnej zbieżności charakterów, to raczej materiał na one night stand, ale z bezludnej wyspy - nie wygnałabym.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Truchła w nosie, czyli edycja odnaleziona much”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      elve
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 16 listopada 2015 19:32