Menu

CO W NOSIE KRĘCI

Blog o perfumach

Muchy w nosie 2015-04-27

elve

Czyli wiosenna paczka z Quality.

Maison Francis Kurkdjian A La Rose — ostatnio Kurkdjian trochę mi podpadał, ale A la Rose jest wdzięcznym wymiganiem się, pogładzeniem mnie po włosach z uśmiechem, zajrzeniem w oczy z pytającym "nie gniewasz się?", wyszeptanym: "przepraszam". Wobec takich zabiegów jestem bezbronna i wybaczam. Wyjątkowo wdzięczna jest ta róża, nie do końca cukierkowa, raczej kwaskowata niż wytrawna, lekko szampańska, z przepięknym zielonym kręgosłupem, giętkim i wibrującym jak basowa struna. Owszem, jest to mainstream pełną gębą, ale bardzo dobrej jakości, i idealnie trafiony w porę roku. Jeśli do tej pory macie opory przed noszeniem róż, spróbujcie teraz, powinno pójść łatwo.
Tak.

Olfactive Studio Panorama w zasadzie nie pachnie jak perfumy, przynależy w całości do świata kuchni albo zapachowych instalacji — i jako właśnie taki kuchenno — olfaktoryczny eksperyment go oceniam. Jest to całkiem udana próba wprowadzenia do obiegu zapachu zielonego Wasabi, ultra-ostrej nuty znanej z kuchni azjatyckiej. Cierpkość wzmaga akord gniecionego, kwaśnego zielska, lekko ziemisty wyziew mający coś wspólnego z galbanum. Nawet żywica nie jest tu ciepła, tylko skrzywiona i zacięta. Przypomina mi to jeden ze szkiców, które robiłam tej wiosny na pokaz mody — to była wiosna bezczelna, gwałtowna i niepiękna, czyli właśnie taka prawdziwa. Może nawet zbyt prawdziwa — przynajmniej jak na perfumy.
Można spróbować.

Amouage Sunshine to zdaje się jeden z tych zapachów, które się kocha lub nienawidzi. U mnie wpadł do szufladki "meh" — czyli mogłoby go nie być. Wiadomo, od Chonga wymagam wiele i wiele dostaję, ale w końcu noga musiała się powinąć. Nie znajduję w tych perfumach blasku i wspaniałości, o której mówią niektóre i niektórzy, na mnie brzmi najpierw syntetyczną brzoskwinią a potem dość paskudną mieszaniną przejrzewających owoców i migdałów. Jest pewna molekuła, która, obawiam się, stanowi trzon tej kompozycji, i jej trwałość nie jest w tym przypadku atutem. Słoneczny blask kojarzy mi się jakoś inaczej.
Nie.

Xerjoff Casamorati Gran Ballo, czyli n-ta opowieść o perfumach, które nie są nikomu potrzebne. Białe kwiaty na ociekającym budyniem waniliowym podkładzie, nie ma tu nic do zobaczenia, proszę iść dalej.
Nie.

M.Micallef Ananda Dolce w przeciwieństwie do poprzedniego zapachu ma przynajmniej jakiś charakter, choć raczej wredny. Dużo napompowanej wodą brzoskwini, owoce tej wielkości nie rosną w naturze — nie starcza smaku na całość, wszystko jest nieprzyjemnie rozcieńczone, a rozcieńczona wanilia to nie jest coś, na co warto wydawać prekaryjskie (nie wiem, czy ten przymiotnik istnieje, ale jest piękny) pieniądze. Tak, to jest nawet gorsze od Sunshine, ubaw po pachy.
Nie.

Perris Monte Carlo Patchouli Nosy Be – w zasadzie trudno jest zrobić paczulowy zapach, którego bym nie lubiła, jestem bowiem wielką fanką tego pachnidła muzyków i narkomanów, szczególnie kocham w paczuli jej wspaniałą umiejętność tworzenia niepowtarzalnych wygibasów na skórach różnych ludzi. A jednak, Perris Monte Carlo zepsuł doskonałość. Napisane jest, że ta konkretnie paczula nigdy wczesniej na wyspie Nosy Be koło Madagaskaru nie rosła — i bardzo słusznie! Klimat najwyraźniej nieodpowiedni. Rzeczywiście paczula w PMC jest sucha, trzaskająca i słodka. Zdecydowanie za mało w niej deszczu, ziemi, brudu i nostalgii, które w moim odczuciu budują głębię tego materiału.
Nie.

Perris Monte Carlo Ylang-Ylang Nosy Be — ylang ylang to takie stworzenie, z którym niewiele trzeba robić, by uzyskać spektakularny efekt, właściwie wystarczy pozwolić mu brzmieć. I to mniej więcej zrobiono w tej kompozycji. Ekstrakt w kwiatów zebranych na Nosy Be jest początkowo bogaty w octany, przypomina jaśmin, ale potem uspokaja się i z całym spokojem rozpromienia złocistym, idealnie wykrojonym wachlarzem z kwiatowych i lekko korzennych nut. Nie widzę w tym kunsztu, ale doceniam, że nic przynajmniej nie zepsuto.
Tak.

W bonusie piosenka, bo mam energetyczny poniedziałek.

Muchy w nosie 2015-04-22

elve

Dziś niestrudzony Pierre Guillaume i jego czwórka w kolorze blue, czyli Collection Croisiere.

Wiecie, co pomyślałam. Croisiere, czyli rejs, czyli woda, czyli Calone i Ultrazur. Nieee!

Na szczęście nie jest tak źle, przynajmniej nie ze wszystkimi czterema propozycjami.

Pierre Guillaume Collection Croisiere

Entre Ciel et Mer — bardzo prosty, chłodzący zapach, idealny na śródziemnomorski upał (a także bałtycki, jeśli natura nie poskąpi). W głowie gra gruszka, wyjątkowo wdzięcznie i naturalnie, potem całość tchnie nienachalną — co istotne — bryzą, nic ponad drobne ilości jodu w powietrzu. W tle ładnie płoży się sandałowiec. Chyba najbardziej noszalny z czwórki. Nuty: algi, lawenda, gruszka, tymianek, jod, mech, ambra, cedr, sandałowiec.

Jangala — sądziłam, że będzie najmniej marynistyczna, tymczasem właśnie w niej czi się ohydna metaliczność morskiego syntetyku. Czuję pod spodem miękkość drzewa sandałowego i gorące przyprawy, dostrzegam mleczność kokosa, ale wszystko pokrywa przejrzysta, uśmiercająca warstewka zimnego wodo-metalu. Nuty: liście eukaliptusa, kardamon, drzewo różane, lilia imbirowa, sandałowiec, wetiwer, kokos.

Long Courrier — tak zwany słoneczny oriental, i w tym przypadku muszę się zgodzić: pachnie jak posmarowana olejkiem skóra lezącego w słońcu młodego człowieka, lekko już zbrązowiała ale wciąż sprężysta i soczysta, miękka i ciepła. Pomarańcza napełnia kompozycję miękkim światłem, które potem długo sączy się przez piżmowo-waniliowe kotary. Niedawno pewna kochana kucharka-artystka pokazała mi, jak cudownie sól podkreśla słodycz: wcale nie trzeba jej dużo, by dzięki soli stała się dominująca i wyrazista. Tak samo jest tu: tego ciepła i słodyczy wcale nie ma dużo, ale ktoś je solidnie posolił. Nuty: pomarańcza, elemi, cedr, wanilia, kakao w proszku, piżmo, ambra.

Paris Seychelles — chyba najciekawszy zapach z czwórki, choć niekoniecznie najbardziej do noszenia. Dziwne jest to połączenie kremowych, białych kwiatów z kamienną solą salicylanów i ostrością imbiru - czuję się, jakbym piła zimne mleko z wymienia jakiegoś androida. Taki gwiezdny kokos. Drugi z tej kolekcji zapach ewidentnie wymyślony na okoliczność chłodzenia upału. Nuty: kwiaty, salicylany, frangipani, lilia, monoi, mleko kokosowe, galbanum, czarny pieprz, imbir, petitgrain.

Neela Vermeire Creations Pichola EdP

elve

Neela Vermeire Creations

Każdy nowy zapach Neeli Vermeire jest dla mnie potencjalnym cudem. Doświadczyłam obcowania z perfumami bliskimi doskonałości w jej poprzednich kreacjach, więc mam prawo spodziewać się najlepszego. Niespieszne tempo pojawiania się kolejnych rozdziałów zapachowej opowieści pozwala mi zachować względny spokój jeśli chodzi o jakość kolejnych, wychodzących spod ręki Duchaufoura pachnących duchów.

Neela Vermeire Creations Pichola

W nutach Picholi nie ma pieprznego mango, ale tak właśnie smakuje otwarcie, pełne przypraw, gorzkawego jałowca i zielonawego, soczystego neroli. W ten słoneczny sok niemal natychmiast wpychają się nuty bardziej białe: tuberoza i kwiat pomarańczy, przez co otwarcie robi się jednocześnie ostre i kremowe. Pewien słynny perfumiarz mawiał: albo tuberoza, albo ja, ale najwyraźniej nie miał nigdy w rękach materiału, który w Picholi wykorzystał Duchaufour. Jest to nawet bardziej wietrzny kwiat niż ten, który tak mnie oszołomił w Vamp a NY, i grzechem byłoby go nie wykorzystać. W ogóle cieszą mnie takie odkrycia w dobie ograniczeń IFRA - co jakiś czas wypływa jakiś zjawiskowy składnik, który nie jest zakazany - okazuje się, że świata jednak nie da się zamknąć, bo jest nieskończenie złożony.

Czy jest w Picholi coś z jeziora? Jest, może nie sama woda, lecz bryza, chłodniejsze powietrze strefy brzegowej. Ten chłodek wyśpiewuje jednak oboczny temat, dogrywając jedynie do potężnego, rzęsistego chóru kwiatów, którym nigdy nie było zimno. Kto szuka w perfumach twórczego napięcia, tu go nie znajdzie - Pichola to harmonia, biegun spełnienia. Nie chciałabym spędzić na nim życia, ale od czasu do czasu tam wpaść i zasmakować radosnego spokoju - każdemu polecam.

Trwałość fenomenalna, ponad 12 godzin, bardzo dobre wysycenie, aura i ogon umiarkowane.

Lake Pichola

Parę słów na temat nazwy: Pichola to jezioro, a właściwie jeziorko, bo ma tylko 3 na 4 km, ale za to stworzone przez człowieka - jako rezerwuar wody pitnej - w 1362 roku. Szacunek! Jego malownicze brzegi tak się ludziom podobały, że założyli tam miasto Udaipur. Dziś woda w jeziorze nadal jest słodka, ale do picia się nie nadaje - trzeba ją uzdatniać. Tu możecie popatrzeć sobie na okolicę okiem satelity: https://goo.gl/maps/r5Rir.

Nuty: kardamon, cynamon, szafran, jałowiec, magnolia, olejek neroli, mandarynka, bergamotka; absolut kwiatów pomarańczy, absolut różany, absolut tuberozy, jaśmin sambac, ylang-ylang; absolut żywicy benzoesowej, sandałowiec, drewno po-morskie, wetiwer z Haiti;
Rok premiery: 2015;
Zamieszał: Bertrand Duchaufour.

Rubini Fundamental

elve

Pisałam już o Rubini przy okazji podsumowania najlepszych perfum z Esxence 2015. Że znowu, jak to się nieczęsto zdarza, dostałam coś, co stworzono bez oglądania się na konwenanse, bez osadzania się w historii perfum, za to odważnie rozpoznając miejsce w historii świata.

Rubini Fundamental

Inspiracją dla tego zapachu jest mały sklepik perfumiarski w Weronie w roku 1937, gdzie miejscowe damy kupują puder o zapachu irysów. W ogóle historia jest dla mnie w tym zapachu pewną osią, wokół której się to wszystko kręci. Andrea Rubini pochodzi z rodziny perfumiarzy, te daty i sklepiki nie biorą się znikąd — one były i pewnie w jakiejś formie, niektóre z nich, istnieją do dziś. Bardzo mnie to skontaktowało — jak to ma miejsce niemal zawsze, kiedy jestem w spokojnej, zachodniej Europie — z przeszłością mojego miejsca, w którym taka historia jest po prostu niemożliwa. Gdańsk został zniszczony w 95% podczas II Wojny Światowej, ktokolwiek był tu perfumiarzem — zginał lub został zmuszony do ucieczki, warsztat nie przetrwał, a jeśli oplatały go winogrona, spłonęły. Chyba nawet powiedziałam to Andrei, kiedy rozmawialiśmy, ale zapomniałam dodać ważnej rzeczy: z każdej historii może powstać coś pięknego, nie tylko z tej dostatniej i spokojnej. To wspaniałe, że Rubini czerpie z tego, co piękne we Włoszech, natomiast w wietrznym mieście też jest sporo do opowiedzenia, i nikt tego za mnie — za nas — nie zrobi.

Rubini Fundamental

Wracając do perfum: to właśnie irys jest sercem Fundamental, tuż obok rewolucyjnego akordu winogron Soave. Temat wina w perfumach jest ostatnio mocno eksploatowany, że wspomnę choćby tryptyk Liquides Imaginaires czy najnowsze Etat Libre d'Orange Remarkable People, które pachnie szampanem, jednak w Fundamental znajduje się odniesienie do źródła, pierwotnego materiału, a nie produktu finalnego. Winogrona są surowe, zapachem przypominają te, które jakimś cudem rosną w nadbałtyckim klimacie, wyczekane, dojrzewające dopiero we wrześniowym słońcu i niemal natychmiast szczypane przymrozkiem. Ich słodycz jest niezrównana, ale na skórce odznacza się sinawy nalot chłodu. Fundamental to winogrona cieniste i okryte lekkim pyłkiem. W bazie kompozycja ociepla się i trochę mięknie, irys splata się ładnie z zapachem leśnego poszycia, dzięki sandałowcowi zyskując kremową konsystencję.

Bardzo podoba mi się nazwa, i uważam, że jest trafiona. Solidne fundamenty, mocne korzenie, trwanie.

Glebanite

Opakowanie to osobna historia, pisałam już o nim trochę. Materiał, w którym zamknięte jest szkło flakonu — Glebanite — to przetworzone włókno szklane, które kiedyś istniało jako kadłub jachtu. Wygląda jak porowaty, biały kamień, jest leciutkie. Wspaniała rzecz, bo i pomysłodawczyni to nie byle kto: sama Francesca Gotti, człowiek za nu_be.

Trwałość bardzo dobra, ponad 8 godzin, wysycenie doskonałe, dobra emanacja.

Nuty: bergamotka, mandarynka, kwiat cytryny, irys, winogrona Soave, wosk pszczeli, śródziemnomorskie runo, wetiwer jawajski, sandałowiec, skóra, cedr, akord aksamitny;
Rok premiery: 2015;
Zamieszał: Cristiano Canali (którego doskonale pamiętam sprzed dwóch lat, to ten sam chłopak! Miałam wtedy nosa :) )

Cristiano Canali

© CO W NOSIE KRĘCI
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci