Menu

CO W NOSIE KRĘCI

Blog o perfumach

zacznijmy od początku

elve


czyli moje zapachowe CV.

1983
: pierwsze perfumy, jakie pamiętam, to te mojej mamy. Malutka buteleczka z ciemnoniebieską naklejką, na niej złoty napis "MUSK", złota zakrętka. Uważałam, że śmierdziały. Dziś lubię zapach piżma.

1985: dzięki nieznacznemu przypływowi dewiz dostaję dezodorant "White Flowers", co to była za marka? Margaret Astor bodajże. Reklama z młodymi pięknymi osobami ubranymi na biało. Cała pławię sie w białych kwiatach, mama dziwi się mojemu upodobaniu zapachu, który określa jako proszek do prania. Po kwiatach pozostaje mi tylko sentyment, w postaci flakona Anais Anais, chyba dość podobnej do WF kompozycji.
1987: na gdańskiej starówce jest sklep z perfumami. Czaruje mnie jasnofioletowe pudełko z łabędziem - Gloria Vanderbilt. Po kilku miesiącach mam własny, malutki flakonik. I znów sentyment, który do dziś nakazuje mi mieć jedno opakowanie tych perfum na półce.
1989-1991: czasy buntu, czarnych ubrań, thrash metalu, androgyniczności. Moim signature scent jest Old Spice.
1991: mój pierwszy raz za zachodnią granicą. Kopenhaga, a w niej Samsara.
1992: poznaje Romę Laury Biagiotti, oraz Obsession CK, które mnie całkowicie zaczarowuje. Jesienią jestem w Lyonie i kupuję pierwsze własne 50 ml prawdziwych perfum. Obsession staje się moim zapachem flagowym.
1994: chłopak mojej koleżanki prezentuje jej flaszkę Dune. bardzo zazdroszczę (flaszki, nie chłopaka), ale finanse nie pozwalają mi literalnie na nic.
1995: muszę wybrać między Dune Diora a Amarige Givenchy. zadanie jest trudne, pamiętam jak jadę tramwajem i zachwycam się to jednym, to drugim dobiegającym mnie z nadgarstków zapachem. ostre kwiaty czy balsamiczny schyłek lata? Wybieram Dune. To dobry krok. Pasują do mnie i są ze mną do dziś.
1997: jakoś na początku roku łapię w nos giganta, czyli Kenzo Jungle Elephant. Padam na kolana. Nigdy przedtem ani potem tak mocno nie kochałam. Studiuję, ciułam na wykopaliskach i w maju kupuję własną flaszkę. Słoń musi być u mnie na półce, nawet gdy go nie używam. Bez niego czuję się niepełna.
Kenzo na jakiś czas staje się moim ulubionym twórcą perfum. Na lato odkrywam Le Monde est Beau oraz L'eau par Kenzo.
To był przełomowy rok. Właśnie wtedy zaczęłam bywać w perfumerii kilka razy w tygodniu. Pokazało sie sporo dobrych zapachów, a ja wąchałam, wąchałam, wąchałam. Urodziła się moja pasja, budowanie olfaktorycznego wszechświata.
2001: pojawiają się fora tematyczne poświęcone m.in. perfumom. Poznaję innych maniaków.
2002: pirenejskie El Dorado, czyli Andora, staje przede mną otworem. Z podróży poślubnej przywożę zaczątek kolekcji.
2003: uświadamiam sobie istnienie niszowców. Czuję ulgę, bo staczanie się perfumerii typu Sephora w cukierkowo-mydlaną przepaść jest już wtedy wyraźnie widoczne i budzi mój smutek.
Oczywiście zdarzają się cuda. Na przykład Black Cashmere, pierwszy zapach kadzidlany, który zawładnął moją wyobraźnią.
2004: pierwsze uderzenie progesteronu. Przez kilka miesięcy świat zapachów zostaje zamknięty za przerażająco mdlącą kurtyną.
2005: niszowce wkraczają w moje życie. Sztandar niesie Ambre Sultan, potężny i łagodny Primus inter Pares. Najbliżej mnie jest Scent i Scent Intense, to moja druga skóra. Zakochuję się w ambrach.
2006: drugie uderzenie progesteronu, które znoszę jeszcze gorzej niż pierwsze. Samo patrzenie na kolekcję mnie męczy. Niemniej kryzys mija, a ja powracam do życia z jeszcze większą radością. To był dobry rok, rok L'Artisana, Diptyque i L Lolity Lempickiej.
2007: rozdział otwarty. Na razie wiem, że wybrałam drogę luźnego kolekcjonera, a nie z'używacza perfum. Dzięki temu zbiór około 70 flakonów nie ciąży, ale cieszy.
Eksploruję moje dwie ulubione działki, czyli kadzidło i ambrę. Moja pachnąca grupa flakonów coraz bardziej ciąży w ich stronę.



pierwsza część tego bloga znajduje sie TU.

© CO W NOSIE KRĘCI
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci