Menu

CO W NOSIE KRĘCI

Blog o perfumach

Annayake Miyako

elve
annayake miyako

Annayake, jak przystało na firmę z kraju Kwitnącej Wiśni, dba o podkreślanie własnego pochodzenia - i robi to i w dobrym, i złym sensie. W dobrym, bo jej zapachy są wyciszone, łagodne, plotące się spokojnie, bez zgiełku i drastycznych wynurzeń. I w złym - bo są rozczarowująco delikatne, ulotne. Być może chodzi tu o bycie w zgodzie z filozofią Wschodu , by nie przywiązywać się zbytnio do rzeczy - nawet tak eterycznych jak zapach - ale mojemu zachodnioeuropejskiemu, zgniłemu i materialistycznemu duchowi wyraźnie ta nikła trwałość przeszkadza.
Miyako oznacza stolicę, jest to też żeńskie imię. Najbardziej uderzający, i - jak się później okazuje - kreślący całą sylwetkę zapachu jest jego początek. Szczypta przypraw i jasne kadzidło, niestety nieco oranżadkowe. Wszystko na tle bardzo odległych ech drzewnych oraz niezbyt głębokiej ambry, która według nut powinna objawiać się nieco później - na mnie jest obecna od samego początku. I tak zapach mający być kadzidlanym, jest w istocie ambrowy, z lekko skórzano-heliotropowym posmakiem. Skład obiecuje bogactwo drzew i kwiatów, niestety w ogóle ich nie spotykam na mojej drodze do stołecznej świątyni. Ogród, w którym kiedyś stała obrósł miastem, które skutecznie stłumiło woń żywych roślin. Zostały tylko cienie dawnej świetności: importowane kadzidło, trochę zaschniętej żywicy na wysłużonych deskach, zmęczone szepty modlących sie staruszków, kilka ciętych kwiatów w smutnej ikebanie.
W trakcie noszenia narzuca się myśl o podobieństwie Miyako do Ambre Sultan, która jednak szybko pierzcha gdy zestawić ją z rzeczywistym zapachem Lutensa na skórze. Podczas gdy drugi jest jak brzmienie katedralnych organów, jasny i niemal namacalny, pierwszy przypomina niejednoznaczne, mantrowe i mechaniczne stukanie patyczków do ryżu, klapanie obrotowych kołatek.
Flakon z przejrzystego szkła ozdobiony jest misternym, geometrycznym rzeźbieniem, przypominającym mi symbole czterech żywiołów. Całość wieńczy współgrający z kolorem perfum matowo-złocisty korek. Całość prezentuje się dystyngowanie i kusząco zarazem.

Nuty głowy: kardamon, cynamon, kadzidło;
Nuty serca: drewno Hinoki, róża, jaśmin, ylang-ylang, paczula, cedr, drzewo sandałowe;
Nuty bazy : piżmo, czystek, benzoes, mirra, ambra.

Lorenzo Villoresi Piper Nigrum

elve



 

Moje odczucia odnośnie tego zapachu są niebywale erotyczne, czasem ocierają się o pornografię. Piper Nigrum to potężny ciemnoskóry mężczyzna. Nadchodzi zawsze od strony słońca, żeby spojrzeć mu w twarz, trzeba zadrzeć głowę, bo jest wyższy o co najmniej pół metra, i patrzeć pod światło. Mimo że promienieje pewnym siebie, przyjacielskim uśmiechem, głowa skłania się sama. Sybaryta, ale młody, na pewno jeszcze bez brzucha. Gorąco spogląda w oczy, ujmuje za ręke. To co proponuje, to nie wierność, ale najlepszy seks na kuli ziemskiej i orgazm, który zapamiętasz do końca życia. Emanuje potężnym urokiem i seksapilem. Czy znosi sprzeciw? W zasadzie nie, nie musi. Nikt nie jest w stanie odmówić. Budzi wielki strach, ale jeszcze większe pożądanie. Ulegasz, a on wchodzi w Ciebie od razu, bez gry wstępnej.
Otwarcie jest ostre, żeby nie powiedzieć: brutalne. Można by je nazwać gwałtem, gdyby nie to, że Piper Nigrum nałożyło się przecież całkowicie dobrowolnie. Szturmujące cytrusy i zioła, uskrzydlone miętą, pokonują wszelkie bariery w nozdrzach, i niemal wykrawają drogę temu, co ma nadejść. Samo wyobrażenie otwierającego ostrza jest przerażające i pociągające jednocześnie. Zapach pieprzy coraz mocniej, bez przerwy, aż niespodziewanie czujesz, że dokonało się przeobrażenie.
Piper Nigrum nie jest zapachem „mieniącym się”, w którym nastroje pojawiają się szybko, jak nachodzące na siebie fale. Zmiany są powolne i potężne jak w czasie przypływu. Nozdrza otwierają się na zapach coraz szerzej i coraz chętniej. Już nie jest za duży, już nie przeraża. Uosabia cechy męskie: wielkość, stanowczość, zdecydowanie, dominację. Ale jest też przyjacielski, słodki, fascynujący, i daje rozkosz. Coraz głębszą, coraz bardziej zniewalającą, zdyszaną. W gardle narasta krzyk, skóra chłonie i oddaje ciepło. Nieważne, że tarzasz sie po ziemi, pot i brud spadają poza horyzont postrzegania. Pieprz i przyprawy lśnią czarno na ciele, euforyzują. Ten mężczyzna staje się całym światem, przysłania słońce. Nadchodzi szczyt… a potem czas na odpoczynek w czułych objęciach ambry i mirry. Czarnoskóry dba o nastrojową atmosferę, wokół panuje zmysłowy mrok i ciepło, zewsząd dochodzi zapach drzewnego, słodkiego dymu i powolnie palonych żywic. Piper Nigrum szczerze oddał Ci całego siebie - z pełną wzajemnością. I na jeden dzień.
Bowiem po ognistym wieczorze i rozkosznym, długim wytchnieniu, budzisz się z uczuciem: i chciałabym, i boję się. Wiesz, że było najcudowniej na świecie, ale obawiasz się początkowego cierpienia, tego potężnego, bezkompromisowo wdzierającego się fallusa mięty i ziół. Na szczęście pojawia się poczucie bezradności - nie masz najmniejszego wpływu na to, kiedy odbędziesz kolejny akt - to On wybiera czas i miejsce.

Nuty głowy: koper ogrodowy, dziki anyż, koper włoski (fenkuł włoski), mięta pieprzowa, cytrusy, echa drzew iglastych, niuansy zielone;
Nuty serca: czarny pieprz, oregano, gałka muszkatołowa, żywica elemi, żywica olibanowa, petit grain, liście goździka, morski rozmaryn, akordy przyprawowe;
Nuty bazy: ambra, styraks, żywica benzoesowa, balsam Peru, mirra, cedr z gór Atlas, akordy drzewne.

Zdjęcie pochodzi ze strony Lorenzo Villoresi.

Lorenzo Villoresi Patchouly

elve
LV Patchouly
Do niedawna wydawało mi się, że przepadam za paczulą w perfumach, ma ją wszak w pięknym wydaniu Jungle Elephant Kenzo. A potem spotkałam monotematyczne niszowce, i każdy jeden paczulowy był jak cios w splot słoneczny. Szczególnie upiornie wspominam paczulę Santa Maria Novella - wżarło się toto w nadgarstek, wpiło jakimiś niemal organicznymi kłączami, otoczyło polem siłowym i nie schodziło mimo traktowania detergentami. Zamiast zrezygnować, ja wciąż próbuję siebie samą przekonać, że paczula musi mi się podobać - i dziś niewiele myśląc zlałam się paczulowym Villoresim. Co za pomyłka. A miało byc tak łagodnie, bo oto co można przeczytać o tym zapachu:
"Łagodny powiew zielonej dżungli i odległych krain. Intensywny zapach aromatycznych drzew. Noty (?) balsamiczne i ziemskie (??? chyba ziemne???). Echa cytrusów, cedru i drewna różanego.
Nuta głowy - paczula, lawenda
Nuta serca - paczula
Nuta bazy - paczula, sandałowiec, wetiwer, drewno cedrowe, mech dębowy, piżmo, żywica benzoesowa".

Nie jest to co prawda tak bardzo złakniony mojej skóry osobnik, jak wspomniana wyżej SMN, ale gatunek jednak ten sam. Na nic wmawianie sobie, że dziwne, sterylne odczucie współgra z moim obecnym chorobowym stanem - czułam się wypreparowana i ustawiona w gablocie z filtrem powietrza. Mój stan uratowało wkroczenie L LL w sporej jak na ten zapach ilości 3 psików. Przeciwnik padł ogłuszony słodkim ciastem.
Zatem jeśli paczula - to tylko w ilościach minimalnych i w otoczeniu równie dominujących drapieżców.

Cytat pochodzi ze strony perfumerii Quality.
Zdjęcie pochodzi ze strony Lorenzo Villoresi.

zacznijmy od początku

elve


czyli moje zapachowe CV.

1983
: pierwsze perfumy, jakie pamiętam, to te mojej mamy. Malutka buteleczka z ciemnoniebieską naklejką, na niej złoty napis "MUSK", złota zakrętka. Uważałam, że śmierdziały. Dziś lubię zapach piżma.

1985: dzięki nieznacznemu przypływowi dewiz dostaję dezodorant "White Flowers", co to była za marka? Margaret Astor bodajże. Reklama z młodymi pięknymi osobami ubranymi na biało. Cała pławię sie w białych kwiatach, mama dziwi się mojemu upodobaniu zapachu, który określa jako proszek do prania. Po kwiatach pozostaje mi tylko sentyment, w postaci flakona Anais Anais, chyba dość podobnej do WF kompozycji.
1987: na gdańskiej starówce jest sklep z perfumami. Czaruje mnie jasnofioletowe pudełko z łabędziem - Gloria Vanderbilt. Po kilku miesiącach mam własny, malutki flakonik. I znów sentyment, który do dziś nakazuje mi mieć jedno opakowanie tych perfum na półce.
1989-1991: czasy buntu, czarnych ubrań, thrash metalu, androgyniczności. Moim signature scent jest Old Spice.
1991: mój pierwszy raz za zachodnią granicą. Kopenhaga, a w niej Samsara.
1992: poznaje Romę Laury Biagiotti, oraz Obsession CK, które mnie całkowicie zaczarowuje. Jesienią jestem w Lyonie i kupuję pierwsze własne 50 ml prawdziwych perfum. Obsession staje się moim zapachem flagowym.
1994: chłopak mojej koleżanki prezentuje jej flaszkę Dune. bardzo zazdroszczę (flaszki, nie chłopaka), ale finanse nie pozwalają mi literalnie na nic.
1995: muszę wybrać między Dune Diora a Amarige Givenchy. zadanie jest trudne, pamiętam jak jadę tramwajem i zachwycam się to jednym, to drugim dobiegającym mnie z nadgarstków zapachem. ostre kwiaty czy balsamiczny schyłek lata? Wybieram Dune. To dobry krok. Pasują do mnie i są ze mną do dziś.
1997: jakoś na początku roku łapię w nos giganta, czyli Kenzo Jungle Elephant. Padam na kolana. Nigdy przedtem ani potem tak mocno nie kochałam. Studiuję, ciułam na wykopaliskach i w maju kupuję własną flaszkę. Słoń musi być u mnie na półce, nawet gdy go nie używam. Bez niego czuję się niepełna.
Kenzo na jakiś czas staje się moim ulubionym twórcą perfum. Na lato odkrywam Le Monde est Beau oraz L'eau par Kenzo.
To był przełomowy rok. Właśnie wtedy zaczęłam bywać w perfumerii kilka razy w tygodniu. Pokazało sie sporo dobrych zapachów, a ja wąchałam, wąchałam, wąchałam. Urodziła się moja pasja, budowanie olfaktorycznego wszechświata.
2001: pojawiają się fora tematyczne poświęcone m.in. perfumom. Poznaję innych maniaków.
2002: pirenejskie El Dorado, czyli Andora, staje przede mną otworem. Z podróży poślubnej przywożę zaczątek kolekcji.
2003: uświadamiam sobie istnienie niszowców. Czuję ulgę, bo staczanie się perfumerii typu Sephora w cukierkowo-mydlaną przepaść jest już wtedy wyraźnie widoczne i budzi mój smutek.
Oczywiście zdarzają się cuda. Na przykład Black Cashmere, pierwszy zapach kadzidlany, który zawładnął moją wyobraźnią.
2004: pierwsze uderzenie progesteronu. Przez kilka miesięcy świat zapachów zostaje zamknięty za przerażająco mdlącą kurtyną.
2005: niszowce wkraczają w moje życie. Sztandar niesie Ambre Sultan, potężny i łagodny Primus inter Pares. Najbliżej mnie jest Scent i Scent Intense, to moja druga skóra. Zakochuję się w ambrach.
2006: drugie uderzenie progesteronu, które znoszę jeszcze gorzej niż pierwsze. Samo patrzenie na kolekcję mnie męczy. Niemniej kryzys mija, a ja powracam do życia z jeszcze większą radością. To był dobry rok, rok L'Artisana, Diptyque i L Lolity Lempickiej.
2007: rozdział otwarty. Na razie wiem, że wybrałam drogę luźnego kolekcjonera, a nie z'używacza perfum. Dzięki temu zbiór około 70 flakonów nie ciąży, ale cieszy.
Eksploruję moje dwie ulubione działki, czyli kadzidło i ambrę. Moja pachnąca grupa flakonów coraz bardziej ciąży w ich stronę.



pierwsza część tego bloga znajduje sie TU.

© CO W NOSIE KRĘCI
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci