Menu

CO W NOSIE KRĘCI

Blog o perfumach

Tom Ford Private Collection - szczegóły

elve

Jako że Black Orchid (recenzja niedługo), choć wąchana raz i w przelocie, wyjątkowo mnie zachwyciła swoją głową, z niecierpliwością oczekuję na pojawienie się Private Collection, czyli autorskiego zbioru 12 zapachów Toma Forda. Oto rzut oka na nie:

Amber Absolute (orientalny): ambra, afrykańskie kadzidło, bogate nuty drzewne, labdanum, ziarna wanilii;
Noir de Noir (orientalno-szyprowy): szafran, czarna róża, czarne trufle, wanilia, paczula, drewno oud, mech drzewny;
Velvet Gardenia (kwiatowy): czarna gardenia, pomarańcza, jaśmin, różowa konwalia, tuberoza, ciemna śliwka, miód, wosk, kadzidlo, labdanum;
Black Violet (kwiatowy): cytrusy, akord owocowej papki (sic!), czarny fiołek, nuty drzewne, mech dębowy;
Tobacco Vanille (tytoniowy): liście tytoniu, nuty przyprawowe, bób tonka, kwiat tytoniu, wanilia, kakao, suszone owoce, sok wawrzynowy;
Oud Wood (drzewny): drewno różane, kardamon, chiński pieprz, drewno oud, drewno sandałowe, wetiwer, bób tonka, wanilia, ambra;
Purple Patchouli (drzewny): orchidea, cytrusy, skóra, akord purpurowej paczuli, przyprawy, ambra, paczula, balsam Peru, wetiwer;
Bois Rouge (drzewny): cytrusy, przyprawy, cedr, paczula, jaśminowa konwalia, drewno sandałowe, wetiwer, ambra, skóra, wanilia, bób tonka;
Moss Breches (drzewno-szyprowy): świeże drewno, przyprawy, absolut wosku, marokańska szałwia, węgierski estragon, korsykański rozmaryn, labdanum, paczula, benzoes;
Tuscan Leather (skórzano-szyprowy): szafran, malina, tymianek, żywica olibanowa, jaśmin, skóra, czarny zamsz, bursztynowe drewno;
Neroli Portofino (świeży): cytrusy, nuty kwiatowe, ambra;
Japan Noir (świeży): przyprawy, purpurowa paczula, czarne porto, kwitnący nocą jaśmin, skóra, ambra, wetiwer.

Aż chce się powiedzieć: czarno to widzę! Kreator postanowił wrzucić czarny składnik do każdego z zapachów (nawet, jeśli przy którejś nazwie nic takiego nie widać, ręczę, że w rzeczywistości coś czarnego w kompozycji jest). No ale jak wiadomo, czarny to nowy czarny. A serio, to trochę mnie mierzi takie ładowanie modnego koloru gdzie się da (szczególnie rozbraja nazwa Noir de Noir... a może by jeszcze trzeci człon dodać?), zwłaszcza, że tendencja ta nie jest szczególnie nowa i w maju 2007 może już być nieco przebrzmiała. Niemniej składy brzmią smakowicie. Mnie, maniaczkę perfum orientalnych, najbardziej nęcą wyobrażenia Amber Absolute - zapowiada się poszukiwania ambry doskonałej ciąg dalszy - a także Tobacco Vanille i Oud Wood. Pierwszy wydaje się lekkostrawną i apetyczną interpretacją tytoniu, drugi - być może - oswoi trudną dla mnie i niepokojącą nutę drewna oud.

Ceny oczywiście kosmiczne, za 50 ml zapłacimy 165$, a za ćwierćlitrową flaszkę uzupełniającą - 450$. BTW, czy ktoś pomyślał o zestawie próbnym? Niech zgadnę: nie!
Szaleńcy z Polski, którzy zdecydują się na taki wydatek, mogą szukać Private Collection w Wielkiej Brytanii, Francji, Niemczech, Włoszech oraz Szwajcarii, a także poza Europą - za Wielką Wodą. Według źródła, kolekcja będzie ewoluować, 12 zapachów to zaledwie dobry początek, część z nich zostanie na dłużej, a część będzie zastępowana innymi kompozycjami. Zapowiada się dojna krowa (oczywiscie czarna!).

Informacja pochodzi z Cosmetic World, Tom Ford Creates Connoisseur Collection, p. 64 (February 26, 2007, Vol. XLIII/No.8), via Bois de Jasmin.

Annayake Miyako

elve
annayake miyako

Annayake, jak przystało na firmę z kraju Kwitnącej Wiśni, dba o podkreślanie własnego pochodzenia - i robi to i w dobrym, i złym sensie. W dobrym, bo jej zapachy są wyciszone, łagodne, plotące się spokojnie, bez zgiełku i drastycznych wynurzeń. I w złym - bo są rozczarowująco delikatne, ulotne. Być może chodzi tu o bycie w zgodzie z filozofią Wschodu , by nie przywiązywać się zbytnio do rzeczy - nawet tak eterycznych jak zapach - ale mojemu zachodnioeuropejskiemu, zgniłemu i materialistycznemu duchowi wyraźnie ta nikła trwałość przeszkadza.
Miyako oznacza stolicę, jest to też żeńskie imię. Najbardziej uderzający, i - jak się później okazuje - kreślący całą sylwetkę zapachu jest jego początek. Szczypta przypraw i jasne kadzidło, niestety nieco oranżadkowe. Wszystko na tle bardzo odległych ech drzewnych oraz niezbyt głębokiej ambry, która według nut powinna objawiać się nieco później - na mnie jest obecna od samego początku. I tak zapach mający być kadzidlanym, jest w istocie ambrowy, z lekko skórzano-heliotropowym posmakiem. Skład obiecuje bogactwo drzew i kwiatów, niestety w ogóle ich nie spotykam na mojej drodze do stołecznej świątyni. Ogród, w którym kiedyś stała obrósł miastem, które skutecznie stłumiło woń żywych roślin. Zostały tylko cienie dawnej świetności: importowane kadzidło, trochę zaschniętej żywicy na wysłużonych deskach, zmęczone szepty modlących sie staruszków, kilka ciętych kwiatów w smutnej ikebanie.
W trakcie noszenia narzuca się myśl o podobieństwie Miyako do Ambre Sultan, która jednak szybko pierzcha gdy zestawić ją z rzeczywistym zapachem Lutensa na skórze. Podczas gdy drugi jest jak brzmienie katedralnych organów, jasny i niemal namacalny, pierwszy przypomina niejednoznaczne, mantrowe i mechaniczne stukanie patyczków do ryżu, klapanie obrotowych kołatek.
Flakon z przejrzystego szkła ozdobiony jest misternym, geometrycznym rzeźbieniem, przypominającym mi symbole czterech żywiołów. Całość wieńczy współgrający z kolorem perfum matowo-złocisty korek. Całość prezentuje się dystyngowanie i kusząco zarazem.

Nuty głowy: kardamon, cynamon, kadzidło;
Nuty serca: drewno Hinoki, róża, jaśmin, ylang-ylang, paczula, cedr, drzewo sandałowe;
Nuty bazy : piżmo, czystek, benzoes, mirra, ambra.

Lorenzo Villoresi Piper Nigrum

elve



 

Moje odczucia odnośnie tego zapachu są niebywale erotyczne, czasem ocierają się o pornografię. Piper Nigrum to potężny ciemnoskóry mężczyzna. Nadchodzi zawsze od strony słońca, żeby spojrzeć mu w twarz, trzeba zadrzeć głowę, bo jest wyższy o co najmniej pół metra, i patrzeć pod światło. Mimo że promienieje pewnym siebie, przyjacielskim uśmiechem, głowa skłania się sama. Sybaryta, ale młody, na pewno jeszcze bez brzucha. Gorąco spogląda w oczy, ujmuje za ręke. To co proponuje, to nie wierność, ale najlepszy seks na kuli ziemskiej i orgazm, który zapamiętasz do końca życia. Emanuje potężnym urokiem i seksapilem. Czy znosi sprzeciw? W zasadzie nie, nie musi. Nikt nie jest w stanie odmówić. Budzi wielki strach, ale jeszcze większe pożądanie. Ulegasz, a on wchodzi w Ciebie od razu, bez gry wstępnej.
Otwarcie jest ostre, żeby nie powiedzieć: brutalne. Można by je nazwać gwałtem, gdyby nie to, że Piper Nigrum nałożyło się przecież całkowicie dobrowolnie. Szturmujące cytrusy i zioła, uskrzydlone miętą, pokonują wszelkie bariery w nozdrzach, i niemal wykrawają drogę temu, co ma nadejść. Samo wyobrażenie otwierającego ostrza jest przerażające i pociągające jednocześnie. Zapach pieprzy coraz mocniej, bez przerwy, aż niespodziewanie czujesz, że dokonało się przeobrażenie.
Piper Nigrum nie jest zapachem „mieniącym się”, w którym nastroje pojawiają się szybko, jak nachodzące na siebie fale. Zmiany są powolne i potężne jak w czasie przypływu. Nozdrza otwierają się na zapach coraz szerzej i coraz chętniej. Już nie jest za duży, już nie przeraża. Uosabia cechy męskie: wielkość, stanowczość, zdecydowanie, dominację. Ale jest też przyjacielski, słodki, fascynujący, i daje rozkosz. Coraz głębszą, coraz bardziej zniewalającą, zdyszaną. W gardle narasta krzyk, skóra chłonie i oddaje ciepło. Nieważne, że tarzasz sie po ziemi, pot i brud spadają poza horyzont postrzegania. Pieprz i przyprawy lśnią czarno na ciele, euforyzują. Ten mężczyzna staje się całym światem, przysłania słońce. Nadchodzi szczyt… a potem czas na odpoczynek w czułych objęciach ambry i mirry. Czarnoskóry dba o nastrojową atmosferę, wokół panuje zmysłowy mrok i ciepło, zewsząd dochodzi zapach drzewnego, słodkiego dymu i powolnie palonych żywic. Piper Nigrum szczerze oddał Ci całego siebie - z pełną wzajemnością. I na jeden dzień.
Bowiem po ognistym wieczorze i rozkosznym, długim wytchnieniu, budzisz się z uczuciem: i chciałabym, i boję się. Wiesz, że było najcudowniej na świecie, ale obawiasz się początkowego cierpienia, tego potężnego, bezkompromisowo wdzierającego się fallusa mięty i ziół. Na szczęście pojawia się poczucie bezradności - nie masz najmniejszego wpływu na to, kiedy odbędziesz kolejny akt - to On wybiera czas i miejsce.

Nuty głowy: koper ogrodowy, dziki anyż, koper włoski (fenkuł włoski), mięta pieprzowa, cytrusy, echa drzew iglastych, niuansy zielone;
Nuty serca: czarny pieprz, oregano, gałka muszkatołowa, żywica elemi, żywica olibanowa, petit grain, liście goździka, morski rozmaryn, akordy przyprawowe;
Nuty bazy: ambra, styraks, żywica benzoesowa, balsam Peru, mirra, cedr z gór Atlas, akordy drzewne.

Zdjęcie pochodzi ze strony Lorenzo Villoresi.

© CO W NOSIE KRĘCI
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci