Menu

CO W NOSIE KRĘCI

Blog o perfumach

Truchła w nosie, czyli edycja odnaleziona much

elve

Blog wraca po długiej, najdłuższej chyba w swojej historii przerwie spowodowanej przygodą życia. Czy warto było? Oczywiście. Czy dalej interesuję sie perfumami? Odpowiedź na to pytanie jest trudniejsza, niż się spodziewałam. Czy w związku z tym przestaję pisać bloga? Nie, a w każdym razie jeszcze nie. Ale nie mam już tego lęku, że beze mnie będzie puściej. Albo inaczej: puściej nie znaczy gorzej.

oihyr

Nie spodziewajcie się, że kiedykolwiek nadrobię jakiekolwiek zaległości. Ja się już nie spodziewam. Zrobiło się jak z czytaniem: nie da się przeczytać wszystkiego interesującego, więc odechciewa się to robić w ogóle. Czas nadmiaru. A ja przecież od jakiegoś czasu raczej usuwam niż gromadzę. Jakie to wspaniałe uczucie: zostawić za sobą wszystko, co nie przynosi radości.

Z perfum, które chcę zostawić za sobą wspomnę tu o Oud Satin Mood Kurkdjiana. Po znakomitym, owocowym Oudzie, po doskonałej trójce poprzednich Moodów, ten bije po nosie niedoróbką. Jest przesłodki w zły sposób, zawiera niedystyngowaną, nachalną różę, i niebywale się ciągnie. To odpowiednik niezrozumiałego, siedmiogodzinnego filmu perskiego, z którego nie możesz wyjść, bo obrazisz gospodarza, który Cię na niego w najlepszej wierze zaciągnął. A może w nienajlepszej? Nie wiem, co miał na myśli Francis projektując tę karykaturę. Tak samo jak nie wiem, co mają na myśli dezajnerzy swetrów z cienkiej wełny, które należy nakładać na nagą skórę. Chyba w piekle.

Perfumy, które mogłabym ze sobą wziąć, gdybym nie miała nic lepszego: to na przykład niedawny Carner, czyli Palo Santo. Na plus zaliczam mu to mienienie się między cedrowym i półsłodkim musem do picia, zmąconym mlekiem, zaskakująco blisko spokrewnionym z czekoladą, a chłodnym, ziemistym i zielonym wetiwerem. To jest wciągająca gra o sumie niezerowej, tak zarzuca się wędki na grube ryby. Wyłaniająca się z tej wymiany drzewność jest doniosła i do zapamiętania, a to skarb w dzisiejszych czasach. Pod tym wszystkim unosi się jeszcze pylisty akord bobu tonka, co sprawia, że zapach jest naprawdę nieznajomy, a do tego piękny. Nie mamy szczególnej zbieżności charakterów, to raczej materiał na one night stand, ale z bezludnej wyspy - nie wygnałabym.

Evody Collection d'Ailleurs: Blanc de Sienne, D'Âme de Pique, Noir d'Orient, Ombre Fumée

elve

Blanc de Sienne (2015) — temat Sieny potraktowany stereotypowo, czyli musi być kosaciec florencki. Tu w wydaniu dość soczystym, z owocową nutą. Skład mówi coś o kawie, ja raczej czuję nieprzyjemną, jakby lateksową stronę balsamu Tolu, plus dziwne niuanse jaśminowo-odzwierzęce. Czyli próba uzmysłowienia pudru raczej się nie udała.

D'Âme de Pique (2014) — owocowy koktajl z różą, na mój gust znacznie przesłodzony. Nieco świeżych nut uprzyjemnia percepcję, ale ostatecznie nie ułatwia noszenia na skórze. Bardzo lubią go osy.

Noir d'Orient (2014) — czerń wschodu widziałabym jako coś znacznie suchszego i mrocznego niż ten, w gruncie rzeczy przyprawowo-rumowy zapach. Są momenty, kiedy trzeszczy wyschniętym drewnem, zawsze jednak pozostaje dość miękki (efekt bobu tonka) i miejscami nawet świetlisty, jakby ciemny aksamit spowijały promienie zachodzącego słońca. Pełno tu statyczności, ciszy i spokoju. Zapach niezaprzeczalnie przyjemny, pachnie drogo, kunsztownie i ozdobnie.

Ombre Fumée (2014) — suchy, drewniany, nieco podwędzony zapach, swoją słoną charakterystykę zawdzięczający dużej zawartości wetiweru. Początkowo mocno kręci w nosie pieprzem, potem robi się nieco bardziej kremowy. Blisko mu do generycznego zapachu niszowego, a zatem - do zapomnienia.

Au Pays de la Fleur d'Oranger Neroli Oud, Eau de Madeleine, Etat Libre d'Orange Remarkable People, Marquis de Sade, True Lust

elve

Au Pays de la Fleur d'Oranger Eau de Madeleine — ósmy zapach z kolekcji Les Inedites, wyłamujący się z dotychczasowego pomysłu (według którego każda kompozycja była poświęcona jednej nucie). Eau de Madaleine nazwą nie nawiązuje do żadego z klasycznych składników perfum, choć w samym tonie bardzo do tradycyjnej sztuki perfumiarskiej nawiązuje. Głowa jest pełna świeżych ziół i cytrusów, szybko ustępującym miejsca nieco nieskładnej mieszaninie skóry i kadzidła. Całość jest dość słodka, jak wnętrze torebki, w której zgniotły pudrowe cukierki. Samo kadzidło - które jest chyba glównym tematem kompozycji - przypomina to z Messe de Minuit, ale brakuje mu tego charakterystycznego, romańskiego chłodu podziemnej kruchty. To raczej kadzidło nieco zwietrzałe i sprażone słońcem.

Au Pays de la Fleur d'Oranger Neroli Oud — połączenie oud i neroli wydawało mi się nieco karkołomną ideą, ale producenci wybrnęli z twarzą, jednak nie w sposób, który bym podejrzewała - bowiem stawiałabym na wydobycie najbardziej cielesnego aspektu neroli, wyraziście brzmiącego w kwiecie pomarańczy, i skoligacenia go ze zmysłową strona oudu. Tymczasem neroli brzmi tak jak zazwyczaj, czyli głównie zielono i kwiatowo, z lekką nuta octanową (to jaśmin), która wydaje mi się nie na miejscu. Składniki oud - toczone grzybem drewno, pewna smolistość - na chwilę ustępują świergotowi neroli, ale potem łagodnie obejmują przewodnictwo, a neroli dziwnie zaokrągla całość.

Etat Libre d'Orange True Lust — miks Putain des Palaces i Dangerous Compliciyty dający w efekcie dość klasyczny, fiołkowy efekt, ale z dużą głośnością, podobną do tej z fioletowo-czarnego monstrum Johna Galliano. Pudrowemu i suchemu zazwyczaj fiołkowi tu udało się rozwinąć w pełen owoc, może niezbyt soczysty, ale ładny, z cienką, aksamitną skórką. Całość świetnie współgra mi z długimi rzęsami i wysokim noszeniem głowy.

Etat Libre d'Orange Remarkable People to póki co jedyna tegoroczna premiera ELd'O w pełnym tego słowa znaczeniu (True Lust jest mieszanką a Marquis de Sade to po prostu przepakowane Fils de Dieu). Pachnie jak ananas, kropka. Bardzo podoba mi się pachnienie ananasem, nic więcej nie trzeba.

Marquis de Sade (Fils de Dieu) — napiszę, bo do tej pory nie było okazji. W głowie uderza nuta pieczonego - chleba, orzechów... trochę ziemista i dusząca, jakby pyrazynowa. Jak to się dzieje, że ten dziwny przecież akord rozpuszcza się w smakowite, orzeźwiające, zielonkawe fale shiso i kardamonu - nie wiem, wiem tylko, że łącznikiem jest parna i lekko duszna nuta ryżu. Całość wywołuje silne skojarzenia z dalekowschodnią kuchnią, gorącą w skwar, oczyszczającą, pełną egoztycznych połączeń. Z Markizem de Sade nie ma to nic wspólnego.

Człowieka nachodzi, czyli wtem o Kilianach trzech

elve

Człowiek od miesiąca nic nie napisał, bo nie ma kiedy (nie ma kiedy nawet pracować, a co dopiero pisać!), ale, jak w tytule, wtem ma ochotę sobie ulać o zestawie Perfume as an Art by Kilian. Po raz n-ty: propsy za bezczelność, jeśli chodzi o nazwę tego tryptyku. Wiadomo, idzie bardziej o oprawę wizualną (zapachy zestawiono z grafikami autorstwa Sophie Matisse - bezpretensjonalnymi, pełnymi kolorów i ruchu), a że rysunki były inspirowane zapachami, w obu przypadkach mamy do czynienia ze sztuką tak lekką, że nazwałabym to prędzej dezajnem. Wzornictwo nie jest niczym złym, podobnie jak rzemiosło i nie rozumiem tych ciągłych prób aspirowania do sztuki. Te trzy zapachy sztuką nie są. Mimo to bardzo przyjemnie nosi mi się dwa z nich.

paaa_by_kilian

Straight to Heaven Splash of Lemon ma kręgosłup klasyka, i ciało niby też, ale jest to ciało silnie zmienione przez operacje plastyczne i godziny spędzone na siłowni, a także niezdrowy tryb życia. Bardzo lubię oryginał Straight to Heaven, więc ta wariacja także jest akceptowalna, mimo że piękno zostało w niej zastąpione rodzajem prymitywnej atrakcyjności. Cytryna i rum idą tu w nietrzeźwe tango, może bez finezji, ale z rozmachem.

Good girl gone Bad Splash of Neroli has gone bad, podobnie jak pierwowzór. Być może tytułowy splash of neroli mógłby coś tu uratować, ale niestety właściwie go nie odnotowuję (a wiecie, że na tę nutę jestem pozytywnie uczulona).

Nieco gorzkiej pomarańczy udało się przemycić w Bamboo Harmony. Jego żółta wibracja w tym wydaniu przechodzi w zieleń rozbieloną nieubłaganie czystą nutą mydła. Nadal jest to całkiem udany zapach na lato.

© CO W NOSIE KRĘCI
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci