|
środa, 22 maja 2013
Spotkanie z Markiem Chayą odbywam w gościnnych progach perfumerii Quality w hotelu Marriot w Warszawie, w sympatycznej, niemal domowej atmosferze, przy herbacie i pysznym cieście drożdżowym wypieku pani Stanisławy Missali.
Bardzo dziękuję Perfumerii Quality Missala za możliwość przeprowadzenia wywiadu.
piątek, 17 maja 2013
Obszerniejsza recenzja, jak również rozmowa z Markiem Chayą - na dniach.
poniedziałek, 13 maja 2013
Nieco lepiej ma się sprawa w przypadku Opus VII, ale tylko nieco. Kiedyś już zauważyłam, że utrzymywanie tego samego, wysokiego poziomu jakości i innowacyjności w seriach perfumowych jest czymś niesłychanie trudnym. To tak, jakby od muzyka oczekiwać, że jego siódma płyta będzie tak samo odkrywcza jak wszystkie poprzednie. To i tak cud, że udało się 6 razy. 6 fascynujących wycieczek w poszukiwaniu własnego, niepowtarzalnego stylu, który przy siódmej okazji okazał się już nieco za mało pojemny. Jest bowiem Opus VII dziełem już coś przypominającym. Pierwsza myśl: bezpośredni poprzednik, Opus VI. Schłodzony, pokryty solidną kołdrą ziół, grubą jak kożuch, pięknie świdrującą w nosie i czole. Gniecione rośliny wydzielają intensywnie pachnący, gorzki sok, który leci na szybko wznoszących się oparach pieprzu i kardamonu. Normalnie ulatuje toto w parę sekund, tutaj ten proces jest czarodziejsko przedłużony. A pod spodem - znajoma już baza. Ambrowo-drzewna głębia, spoczywająca pod chłodnym blokiem, przypominającym mi również męski Honour. Bez kontekstu oceniłabym ten zapach wyżej. Pamiętając wszystkie poprzednie mogę powiedzieć; tylko tyle. Nuty: galbanum, różowy pieprz, kardamon, gałka muszkatołowa, kozieradka; oud, paczula, ambrox, skóra, ambra, kostowiec (korzeń), muskon, sandałowiec, kadzidło olibanowe, cypriol;
poniedziałek, 06 maja 2013
Nuty: mandarynka, cynamon, oud, bułgarska róża, kwiat pomarańczy, miód, sandałowiec, nuty zwierzęce, paczula, ambra, białe piżmo; Przy okazji: kajam się za rzadkie uzupełnianie bloga ostatnio. Taki ciężki czas, mam nadzieję, że właśnie na ukończeniu, i będzie mnie tu więcej. Tyle mam do napisania!
sobota, 13 kwietnia 2013
O Pozzo di Borgo pisałam już bezpośrednio z Mediolanu. Urzekły mnie świece Quintessence Paris, ich złożona, naturalna woń, i wyjątkowe bogactwo oferty, więc spytałam, kiedy zaczną robić zapachy do ciała. Okazało się, że już, właśnie teraz, debiutują dwa stoiska obok. A historia jest taka, że Valentine Pozzo di Borgo wychowała się w tak zwanej rodzinie z tradycjami, otoczona opowieściami, przez które przetaczał się barwny korowód jej przodków. To właśnie oni są bohaterami olfaktorycznych opowieści Pozzo di Borgo. Drzewo genealogiczne z perfum, tego jeszcze nie było.
Nuty: esencja z kardamonu, włoski olejek z bergamotki, włoski olejek cytrynowy, olejek petitgrain z Paragwaju; figa, irys, olejek kolendrowy; benzoes syjamski, wetiwer, piżmo;
Mam zastrzeżenia co do emanacji obu Pozzo di Borgo: początkowo ładnie promieniują, ale szybko gdzieś się zapadają. Po 6 godzinach na skórze pozostaje tylko wspomnienie, bardzo delikatne, blisko ciała. Trwałość co najwyżej średnia, aury i ogony dobre tylko przez 2 godziny. Nuty: cytron, labdanum, esencja koniaku, esencja kawy, skóra;
niedziela, 07 kwietnia 2013
Zapraszam na kolejny warsztat, zupełnie inny niż dotychczasowe!
W kameralnej, małej, pracowni zimowej... o nie, nie!!!! Myślę, że już w Stodolnianej atmosferze, przy cieple słonka, szumie wiosennych listków i świergocie ptaków poświęcimy swój czas dla formy i zapachu. Wszystko kręcić się będzie wokół zapachu w naszym samochodzie. W trakcie części ceramicznej stworzycie swoje autorskie, samochodowe gadżety do nasączania olejkami zapachowymi. W trakcie warsztatów perfumiarskich odkryjecie tajniki powstawania tychże olejków zapachowych i stworzycie swoje własne zapachy....czyż to nie genialne? :) przypomnijcie sobie zapach popularnych "choineczek" ;) a potem o nim zapomnijcie :)
czwartek, 04 kwietnia 2013
Na początku, przerywając milczenie, długie już, bo ponadtygodniowe, powiem Wam tak: chciałabym być pełnoetatową redaktorką. Pisać dużo i często, na mój ulubiony temat, pławić się w morzu informacji, wyławiać z niego najlepiej pachnące małże, taki odpowiednik perełek. Rzeczywistość moja jednak wygląda zupełnie inaczej, mam w niej co najmniej dwa inne, ważniejsze niż pisanie zajęcia, rodzinę, przyjaciół, śluby, zespół muzyczny. Nie piszę tyle, ile bym chciała, nie piszę nawet 10 procent tego, co planowałam, kiedy cały dzień tak wspaniale należał do mnie, a było to całkiem niedawno, w Mediolanie. O Jul et Mad, najprzyjemniejszym doświadczeniu z Esxence, chciałam napisać od razu po przyjeździe, jako o pierwszej firmie. Każdemu zapachowi miałam poświęcić jedną recenzję. Tymczasem ta pierwsza czeka już 9 dni, co będzie z następnymi? Trzeba pójść na kompromis, bo lepiej napisać mało, ale napisać, niż nie napisać, i co z tego, że dużo.
Trójca zapachów Jul et Mad jest opowieścią o miłości, opartą na historii, która wydarzyła się naprawdę Państwu założycielom. Za całym projektem stoi energia ich miłości. To się czuje, to jest dobre.
A zatem chronologicznie. Najpierw pojawia się ona, w szpilkach, na legendarnej Lexington Avenue. Zastanawiam się, jak ciepłą aurę musiała roztaczać osoba, która była inspiracją dla tej kompozycji, że była ona w stanie całkowicie złagodzić ostrość obcasów i natarczywy dźwięk, jaki wydawały na bruku. A może to już miękka wata zakochania, która błyskawicznie spowija głowę, gdy tylko zdarza się coup de foudre? Tak, to musiał być ten rodzaj pierwotnego ogłuszenia, kiedy wszystko rozpływa się blasku i echach. Otwarcie jest jasne, soczyste, nietypowe jak na owoce. Cytryna zazwyczaj ma tendencję do przebijania się na pierwszy plan, tu jest chyba frakcjonowana, ograniczona do koloru. Dominuje delikatna dawana, łagodny melanż nektaru z ciężką kroplą gruszki, faktura aksamitu. Żadnych tryskających soków, aromatycznych skórek, orzeźwień. Zapach sunie po skórze gładko jak Lamborghini, bezszelestnie, z mlaskiem, to jazda ciepłym, mechanicznym lwem. Nad pastelowym krajobrazem rozwijają się muślinowe chmury koloru kawy z mlekiem, rzucają cień lekkiej goryczy, pojawia się akcent skórzany. Całość przywołuje mi na myśl wysmakowane wnętrze domu, w którym wszędzie leżą grube, puszyste, całkowicie czyste dywany, krzesła są obite miękkim, lekko połyskującym materiałem, tapety na ścianach aż chce się głaskać. Jest kremowo, beżowo, miękko, i bardzo elegancko. A przede wszystkim miejsce wydaje się starannie wygłuszone. Może to takie studio nagrań połączone z sypialnią? Mam lekkie skojarzenia z Bottega Veneta, ale jeszcze silniejsze z Jaipur Bracelet, w którym czuję się nieodwołalnie zadbana. To bardzo, ale to bardzo kobiecy zapach. Intymny. Nuty: cytryna, gruszka, dawana, likier śliwkowy; konwalia, liście fiołka, absolut różany, heliotrop, irys, goździk; piżmo, wanilia z Madagaskaru, paczula z Indonezji, cedr z Atlasu; Tak to chyba jest z takimi mężczyznami, że czasem trudno ich docenić od pierwszego wejrzenia, natomiast im dłużej się z nimi przebywa, tym lepsze wrażenie robią. Terrasse à St-Germain początkowo wydawał mi się zapachem trudnym i najmniej wdzięcznym z serii, teraz stopniowo odkrywam coraz głębsze pokłady jego bogactwa. I co ciekawe - jest to w jakiś sposób męskie odbicie Stilettos. Nuty: grejpfrut, tangerynka, rabarbar; frezja, lotos, błękitna róża; piżmo, sandałowiec, indonezyjska paczula;
Jest chyba najbardziej klasyczną propozycją, mimo wszystko. Dużo tu skóry i fiołka, dających razem efekt trójwymiarowej czerni, dziury bez dna. Początek znaczą cztery przyprawy, z czego najzamaszyściej drga gałka muszkatołowa, imbir jest tu wręcz ponury, skrzętnie ukrywa jakiekolwiek powinowactwo z cytrusami czy słońcem. Nie ma tu nic z nieba i wody Wenecji, a dużo z jej bogatych, ornamentacyjnych wnętrz, i z handlu ze Wschodem, tym bliskim i dalekim, z jego tajemniczością, a czasem okrucieństwem. Paczula, oud, labdanum - wszystko jest tu ciemne i ponure, nieufne i strojne, bizantyjskie. Wkładasz rękę w otwór, i nie wiesz, czy ją wyciągniesz, więcej: w ogóle nie wiesz, co wyciągniesz. Może będzie to odcięta głowa Meduzy, może miłość uratuje nas wszystkich. Nuty: pieprz, goździki, imbir, gałka muszkatołowa; absolut fiołka, cedr z Atlasu, skóra, indonezyjska paczula, labdanum; piżmo, oud, ambra, papirus, zwierzęce kastoreum; Tak łatwo dziś czytać tę historię, znając jej ciąg dalszy. Ale wiecie, jak było naprawdę: pewien listek przefrunął z ramienia na ramię. Jul et Mad, wszystkiego najlepszego.
poniedziałek, 01 kwietnia 2013
wtorek, 26 marca 2013
W niedzielę na Esxence tłumy były największe, a niektóre stanowiska już na poły opuszczone, pierwsze oznaki zawijania się dało się zaobserwować już koło 13. Co oczywiście nie przeszkodziło mi w powąchaniu jeszcze kilku kompozycji (na przykład Friendly Fur - i tej już istniejącej, A rebours, i tej nowej, The Green Carnation, pachnącej słono, ziemiście, wetiwerowo i bardzo atrakcyjnie! w dodatku występuje w butelce z zakraplaczem, co uwielbiam, sama tak aplikuję sobie własne mieszanki, i to naprawdę jest zupełnie inne doznanie, niż dziabanie z próbki czy psik z atomizera - po kropli, po kropli :)), a także odbyciu kilku interesujących rozmów, w sumie chyba najważniejszych. Poszłam też do standu Osmotheque i przewąchałam jeszcze kilkanaście interesujących esencji. Można powiedzieć, że na koniec poczułam się jak u siebie, i było mi trochę żal, nie tyle samych zapachów - bo tych już naprawdę miałam dosłownie po dziurki w nosie - ale ludzi i wymiany informacji z nimi.
O 14 ogłoszono wyniki konkursu dla młodych perfumiarzy: z finałowej piątki publiczność wybrała Etoilegance autorstwa Alexandra Lee, iskrzącą kompozycję z lekkim orientalnym tłem, krytycy - Magnolia Esxentialis, ukręconą przez Cristiana Canali niezwykle ciekawą, zieloną magnolię o lnianej fakturze - to był również mój typ - a nosy - Stellę Sary Grivot, w mojej opinii najsłabszy zapach konkursu. I tak to się mniej więcej skończyło.
Podsumowując: 4 dni, kilkadziesiąt kontaktów, ponad 130 marek, kilkaset zapachów, 840 zdjęć. I to co najważniejsze: ludzie, którzy rzeczywiście istnieją, stare legendy i wschodzące gwiazdy, zwyczajni i ekscentryczni, weseli i smutni, ładni i brzydcy, ludzie tacy jak ja i ty.
Może zobaczymy się znów na Pitti Fragrance za kilka miesięcy. *** A na lotnisku udało mi się powąchać dzień przed premierą Nerolia Bianca Guerlain. Niestety, to nie jest to, co tygrys lubi najbardziej. Bardzo oranżadkowa i mineralna pomarańcza, kwiatów tu mało, jaka szkoda. Recenzji nie będzie.
Nieco ponad doba minęła od zakończenia piątej edycji Esxence, a ja mam wrażenie, że to wszystko miało miejsce dawno, dawno temu, w odległej galaktyce. Samoloty pozwalają przemieszczać się gwałtownie między bardzo różnymi światami. Ja wczoraj spadłam z nieba prosto na zaśnieżoną, spieszącą się gdzieś, prozaiczną północ. Relacja z czwartego dnia targów perfumowych jest trochę jak czytanie starego już pamiętnika. Spróbuję choć na chwilę wrócić do deszczowego, bogatego Mediolanu. Dzień zaczynam niespiesznie, udając się bez większego przekonania na odbywającą się równolegle do Esxence wystawę "Unscent", z której organizatorami od kilku dni usiłuję się skontaktować, bezskutecznie. Za parę godzin będę już wiedziała, że to taki standard, niefrasobliwy i zupełnie niegroźny, ale póki co idę nastawiono bojowo: jak to, tak nie odpowiadać blogerce? Z POLSKI? Hehehe. Pada gęsty deszcz, podczas kilkunastominutowego spaceru przemakam solidnie (uparcie nie chcąc kupić parasola od ulicznych sprzedawców, którzy wyrośli, jako te przysłowiowe grzyby). Docieram na miejsce - to taki ładny budynek z atrium, zwie się Palazzo Morando.
W środku ciepły półmrok. Pani w recepcji w trybie rzeczywistym odnajduje mnie na magicznej liście - okazuje się, że oczywiście cały czas tam byłam, tylko nikt mnie nie poinformował, bo przecież po co. Wchodzę. Od razu spotykam Andreę Maack, w pomieszczeniu zaaranżowanym jak pracownia. Wącham Coal, jej najnowsze dzieło, ładny. Jeden z wielu ładnych dziś. Przemieszczam się dalej, wchodząc w ciemny labirynt pełen eksponatów spoza świata perfum, oraz perfum umieszczonych w rynienkach otoczonych szklanymi, wystającymi ze ścian bulbami. W ten sposób obcujemy tylko z zapachem, w jego pełnej, rozwiniętej formie.
Dużo tego, i szybko. Wolę jednak powolne testowanie na skórze. To tutaj - to tylko impresje, ale przyznam, że jedna jest bardzo silna:
Czekam na ten zapach, powinien pokazać się jesienią. Dochodzę do ściany z napisem Darkroom, gdzie przejmuje mnie elegancka panna w meloniku, uchyla kotarę, i zachęca do zapoznania się z ciemną stroną Blood Concept. Zapoznaję się zatem: w małym okienku leci film, na uszy zakłada się słuchawki, a ze szpary umieszczonej pod okienkiem dobiega zapach. Wrażenie jest rzeczywiście polisensoryczne, w przypadku niektórych kompozycji warstwa wizualna robi naprawdę duże wrażenie. Czarna, "odwrócona" seria Blood Concept rysuje się ciekawie - choć wcale nie tak mrocznie, jak się spodziewałam, raczej przewrotnie. Z głębokiej ciemności Darkroomu wychodzę prosto do pokoju białego - największego pomieszczenia na wystawie, gdzie eksponowane są perfumy w oryginalnych flakonach. Można więc powąchać wszystko - i jeszcze więcej - ponownie, co czynię przez kilkadziesiąt minut. Mówiąc "jeszcze więcej" mam na myśli na przykład to:
Właśnie tak wygląda nadmiar. A tak wyglądają Agonisty, kiedy nie są zamknięte w finezyjnych szkłach:
Nie powiem, podoba mi się ten design, prosty, ciężkie szkło, skład podany na nalepce z przodu, korek magnetyczny. Odkryłam, że absolutnie uwielbiam magnetyczne korki! Pięknie klikają, wskakują na miejsce jak dobrze wytresowane psy. A tak prezentują się Blood Concepty, stare i nowe:
W tle widać śliczne podwóreńko, w czasie ładnej pogody ludność musiała wylegać tam masowo, no ale to było dawno i nieprawda. Mniej więcej w tym momencie dorywa mnie pani organizatorka, i w odruchu przebłagalnym oprowadza mnie po reszcie wystawy, która bez tego pewnie by mi umknęła. Oglądam parę filmików, w tym dwa całkiem ciekawe, a potem idę do pomieszczenia, gdzie znajduje się fotografia Piety wyrzeźbionej w cukrze przez pewnego Japończyka. Całe pomieszczenie jest też wypełnione zapachem Pietą inspirowanym. Może to siła sugestii, ale wydaje mi się mocno cukrowy.
Za podestem z kielichem (na którego dnie oczywiście znajdują się perfumy) znajduję mały dyfuzorek wyrzucający strumień pachnącej pary. Więc do tych prac można wykorzystać nawilżacz! Wracam do białego pokoju, gdzie serwowane są napoje, kawa, a także kuchnia molekularna. Przegryzam co nieco, porcje są maleńkie, ale jedzenie smaczne. Rzucam jeszcze okiem na Vetiver Vert Czech & Speak, perfumy szerzej nieznane, a bardzo dobre. Ciesze się, że ktoś mi je w trakcie targów przedstawił.
Mimo niemal całkowitego braku możliwości kontaktu z kreatorami perfum, co na Esxence było ekscytującą codziennością, koniec końców nie chce mi się z Unscent wychodzić: jest ciepło, miło i przytulnie, smakuje mi kawa. W końcu się zwlekam, bo trochę się boję że nie zdążę na przyznanie nagród na najlepszy zapach Esxence. Po drodze do wyjścia natykam się jeszcze na ekspozycję najnowszego dziecka Agonist, Isis. Dużo żołtej tłuczonki:
Generalnie wystawa jest bardzo artystowska, w gablotach stoją trampki, szpilki, gdzieś tam po ścianach pną się fałdy sukienek, a Isis to w zasadzie instalacja, szkło zgrzyta w słuchawkach. Niemniej brak osób, z którymi można by pogadać o perfumach jest nieco zaskakujący. Rozmawiałam potem z kilkoma osobami, które były tym równie zdziwione, jak ja. Pewnie twórcy byli tylko pierwszego i drugiego dnia. Cóż, następnym razem ta wiedza będzie już dostępna.
poniedziałek, 25 marca 2013
|
O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Kręcinos
Recenzje (wg nazwy producenta)
Współpracujemy
Bazy zapachów
Blogi
Fora
Reklamy
Tagi
![]() | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||