RichardDawkins.net

Locations of visitors to this page
Kategorie: Wszystkie | Recenzje | Drobne | Na temat | Kolekcja | Nałóg | Nowe | Składniki
RSS
środa, 03 lutego 2010

To już prawie miesiąc od ostatniego wpisu.

Tak to chyba jest, że raz na jakiś dość długi czas pewne rzeczy w człowieku się gruntownie przewartościowują. I o ile nie nastąpi jakaś katastrofa, całość wychodzi z tego procesu bogatsza i pełniejsza. Choć niekoniecznie podobna.

Miałam myśl o zamknięciu tego bloga. Jest już przecież mnóstwo miejsc w internecie, gdzie można czytać o perfumach - opisanych nie raz celniej, dokładniej, i z większą miłością - bo to chyba o miłość tu właśnie chodzi, o tę dobrą energię, która ma moc mnożenia się i zarażania innych radością. Moja miłość do wąchania musi teraz współgrać z kilkoma innymi, rozległymi miłościami do innych rzeczy i stanów. Nie znaczy to, że przygasła. Ale nie mam psychicznej przestrzeni, by o niej pisać - choć brakuje mi tego każdego wieczora.

Tak więc dla Was, drodzy czytelnicy, jak i dla siebie samej, piszę: żyję, mam się dobrze, perfumy nadal dają mi dużo frajdy, nie przestaję szukać nowych, ciekawych i najpiękniejszych. Poza tym kompletuję materiał na książkę, i to też jest przyczyna milczenia. Mam nadzieję, że owoc będzie tej przerwy w funkcjonowaniu bloga warty.

wtorek, 12 stycznia 2010

tolu ojJak można pokochać zapach będący niemal wierną kopią innych perfum? Zazwyczaj takie praktyki budzą mój niesmak i politowanie, ale w tym przypadku było inaczej. Tolu i Dune to dwie piękne siostry i nigdy nie miałam problemu z docenianiem tej młodszej, choć sylwetka i rysy były mi już dobrze znane ze starszego o 10 lat Dune. Domyślam się, że jestem raczej ewenementem, i większość użytkowników perfum aż takiego podobieństwa na swojej skórze nie zanotuje – moja chemia najwyraźniej wzmacnia wspólne aspekty obu kompozycji, i tak rodzi się powinowactwo.

Aksamit i ciepło Tolu w początkowych fazach są pięknie rozkruszone świdrującym, jasnozielonym jakby-szyprem, choć do mocy rzeczywistego sporo mu brakuje. Ta cierpkość, pochodząca chyba z kwiatu pomarańczy, nie pozwala od razu zanurzyć się w żywiczno-pudrowy ocean serca i bazy zapachu. Jego fale jednak stopniowo zmywają nierówności początkowych momentów, kompozycja robi się gładka. W dalszych fazach jeszcze trochę burzy się, pod wpływem ciernistej i ciemnopłatkowej róży, ale w końcu i tak słodko zasypia. Mniej czuję tu odwołań do lasu, słońca i wody, Tolu jest nieco bardziej perfumiarskie, wykreowane i „zrobione”, jak dziewczyna na bal, podczas gdy Dune pozostaje bliskie naturze i nie sili się na karnawałowe przebieranki. I być może dlatego trudniej jest Tolu zdefiniować: całość jest jakby przesłonięta złotą tkaniną, nie do końca widać piękno ciała i grację ruchów – lecz tylko ogólny zarys postaci, trochę nieostry. To z kolei kojarzy mi się z niepewnością autora, który nie będąc przekonany, że zdoła oddać urodę modelki, nakreślił ją z taką właśnie drżącą manierą, by ewentualne niedociągnięcia pokryć łuną tajemniczości. I słuszny był to zabieg, bo efekt nie pozwala narzekać: Tolu, mimo stępionej wyrazistości i łagodności linii jest wdzięcznie noszącym się, tworzącym aurę, ciepłym zapachem, jednym z tych idealnie pasujących do swetrów, i to wcale niekoniecznie kaszmirowych – zdaje się, że wyraźnie czuję domieszkę gryzącej, ale poprawiającej krążenie wełny.

Zmieniły się flakony w linii Ormonde, przynajmniej niektóre. Ja mam jeszcze ten starszego typu, smuklejszy prostopadłościan. Bardzo estetyczny dezajn.

Nuty: jałowiec, kwiat pomarańczy, szałwia muszkatołowa, orchidea, róża, konwalia, tolu, bób tonka, kadzidło, ambra.
Rok Powstania: 2002
Zamieszała: Linda Pilkington

piątek, 08 stycznia 2010

winter deliceO ile dobrze sobie przypominam, pierwsze zetknięcie z Winter Delice pozostawiło mnie perfekcyjnie wobec nich obojętną. To było na początku mej perfumiarskiej przygody, tym sobie to tłumaczę. Bo przecież jest to cudacze dziwadło, czyli coś, co tygrysy lubią najbardziej! Dotarło to do mnie podczas naszego drugiego spotkania, które odbyło się w samym środku upalnego lata. I może właśnie to zaważyło na percepcji - kontrast tego zapachu z ciepłą, zieloną aurą lipca był niemożebnie zachwycający. Bo kto spodziewa się w takich warunkach wtargnięcia do nozdrzy iglastego dymu i chłodu leśnych przestrzeni? Ja się nie spodziewałam.

W moim przypadku "Zimowe Uciechy" idealnie komponują się z tym, co zimą lubię najbardziej. Czuję w nich przede wszystkim świdrujący dym z dopiero rozpalanych szczap, kiedy piec nie ma jeszcze ustalonego ciągu, i izbę, którą tak koniecznie chcemy ogrzać spowija szary obłok. Zimno tej kompozycji nie pozwala zapomnieć o warunkach panujących tuż za drewnianymi ścianami chaty: jest cicha, spokojna, bardzo mroźna noc, i jakkolwiek mocno drzewa płakałyby żywicą, te łzy tężeją natychmiast po wypłynięciu. Z czasem ogień rozpala się stałym płomieniem, zapach "oczyszcza się", nabiera przejrzystości, nie traci jednak chłodu, jest jak oddalone, posrebrzane szczyty gór w gęstym, zimnym powietrzu. Ciepłe i jadalne komponenty ciągle majaczą gdzieś bardzo daleko w tle, a dominuje dym i żywice, co powoduje, że zapach wydaje mi się bardzo mocno przynależeć do świata przyrody, zdecydowanie mniej do człowieka. Tak, to zapach nieludzki, niestopliwy ze skórą, suwerenny. Dla wielu osób jest to mankament, i określają Winter Delice mianem odświeżacza do powietrza. Ok, można i tak, przyznam, że i ja czasem go używam jako zapachu do pomieszczeń. Nie przeszkadza mi to jednak upajać się nim od czasu do czasu na sobie, zwłaszcza teraz, zimową, mroźną porą.

Nuty: jodła, sosna, żywice, kadzidło somalijskie, cukier, wanilia.
Rok powstania: 2000

piątek, 01 stycznia 2010

Rok 2009 upłynął mi pod znakiem perfumiarskiego kryzysu.

Kryzys ten spowodowany był początkowo przyczynami finansowymi, później jednak stał się kryzysem ogólno-perfumiarksim. Bo kiedy już w końcu mogłam bez budzenia węża w kieszeni wznowić program próbkowania, okazało się, że właściwie nie było warto. Kolejne koperty z fiolkami przechodziły przez moje ręce nie wydobywając ze mnie żadnego poruszenia, zachwytu czy choćby obrzydzenia. Nie ma nic gorszego niż średniość. Dużo bardziej wolę dorwać zapach okropny, który spowoduje wstrząs obrzydzenia, ale móc powiedzieć sobie: ok, nie udało się, ale twórca chociaż próbował. Tymczasem 2009 charakteryzowały przepływy kompozycji kompletnie nic nie znaczących, nie niosących tzw. wartości dodanej, którą sobie coraz mocniej cenię.

To oczywiście nie znaczy, że nic mi się nie spodobało. I chyba nie będę oryginalna w swoich wyborach. Oczywiście za najlepsza premierę uważam Sensuous Estee Lauder - warto było poczekać rok od debiutu na rynkach anglosaskich. W tym miejscu muszę też wspomnieć o prymitywnym przodku tego drzewnego cudeńka, a mianowicie Kashminie Touch - zapach jest co prawda z roku 2008, ale w poprzednim podsumowaniu o nim nie wspomniałam. W tym roku był najszybciej schodzącymi perfumami w moim domu.
Nie do końca wiem, jaka jest pozycja flagowego zapachu Galliano na polskim rynku - w trójmiejskich perfumeriach go nie widziałam, ale przecież premiera już na pewno była. No i to jest dla mnie numer 2 wśród zapachów tzw. selektywnych. Bez sensu te podziały, jak słusznie postuluje Kuba na FoP.
Za dobre debiuty uważam także Si Lolitę Lempickiej, L'Eau par Kenzo Indigo męskie, Prada Fleur d'Oranger, a także moje osobiste, niczym nie uzasadnione zauroczenie: Amour Eau Florale, również Kenzo.

Teraz szybko prześlizgnę się nad niszą: udał się Fat Electician Eld'O, udała się Wazamba Pd'E, spodobał mi się Nightscape Ulricha Langa, no i wspominiane niedawno Fille en Aiguilles pana Lutensa. Turtle Vetiver Les Nez był chyba najbardziej piorunującym zapachem tego roku. Bardzo przyjemnie nosi się Etro Pegaso, choć do przełomowych kompozycji nie można go zaliczyć. Ciągle nie wiem, co zrobić z Epic Woman Amouage: wywołuje we mnie ambiwalentne uczucia, momentami rozpala do białości, momentami odrzuca. Z całą pewności kompozycja jest interesująca. Dziękuję światu za trend oudowy.

A teraz ta mniej ciekawa strona medalu, czyli upadki i ślepe uliczki przemysłu perfumeryjnego. Niestety ze ślepych uliczek i ciemnych zaułków można już stworzyć spore miasto. Powiem więc krótko, że zawiodłam się na:

Giorgio Armani Idole d’Armani
Guerlain Idylle
Helena Rubinstein Wanted
L’Artisan Parfumeur Havana Vanille
Lalique Encre Noire Pour Elle - tu chyba najmocniej
Yves Saint Laurent Parisienne
Serge Lutens- Nuit de Cellophane
linii Marka Buxtona
Eau Mega V&R


Wielkie nazwiska, wielopokoleniowe tradycje, kreatywność i możliwości w tych przypadkach zostały przemielone na nikomu nie służącą papkę. Nie rozumiem tego marnotrawstwa czasu, energii i talentów, nie chcę zrozumieć i odmawiam przyjęcia do wiadomości. To musi być krótkotrwałe zaburzenie, zmarszczka na logicznej strukturze świata, niedługo anomalia zniknie i wrócą czasy, kiedy premiery nowych zapachów były wydarzeniem, na które się czekało z radością w sercu, za to bez tej szarej pewności, że to znowu będzie wielkie nic.

Żeby oddać sprawiedliwość napiszę jeszcze, że nie zapoznałam się z kielkoma wielkimi nazwami tego roku, że wspomnę o Black Afgano, Al Oudh czy Night Oud i Calamity J. Co do nich ciągle mam nadzieję na satysfakcjonujące spotkanie w przyszłym roku.

czwartek, 31 grudnia 2009

MKKJakoś tak się złożyło, że Muscs Koublai Khan jest jednym z niewielu Lutensyliów, których nie poznałam - w tym konkretnym przypadku nie poznałam do dziś, a właściwie wczoraj, gdyż północ już minęła. Chyba czułam do niego podświadomy respekt, bo trzeba być ślepym perfumaniem, by nie zauważyć pojawiających się często niepochlebnych recenzji, porównujących jedenastoletnią już kompozycję Lutensa i Sheldrake'a do - mówiąc po imieniu - niepranych męskich gaci. Mając te wyobrażenia w głowie ciężko było mi w sobie wywołać pragnienie zdobycia próbki. A zatem - jak wspomniałam w poprzednim wpisie - czekałam długie lata, żeby Chan pofatygował się do mnie. A jednak góra może przyjść do Mahometa :)

I nie wiem, czy to zasługa dość długiego ogólno-perfumeryjnego postu, spowodowanego zmęczeniem tematem, czy może postu szczególnego, dotyczącego zapachów Lutensa właśnie - czy też po prostu trafiłam dziś na dwa dobre zapachy ze stajni. Dość powiedzieć, że Muscs wzbudziło moje zainteresowanie, poruszenie, i w końcu dużą sympatię i szacunek. Podoba mi się do tego stopnia, że jedyne moje jak do tej pory piżmo flagowe - Musc Ravageur - chwieje się zagrożone na swojej pozycji.

Co nie znaczy, że dla mojego nosa Muscs Koublai Khan jest łatwym zawodnikiem. Początki wydają się trywialnie proste do zaakceptowania: wyraziste piżmo, układające się podobnie jak kompozycja F. Malle'a, niemal czuję podbijający je cynamon - ostre, nie udające niczego innego, krwiste. A przy tym zadziwiająco czyste, pozbawione domieszek i słodkości, i to je od Druzgoćca odróżnia. Krwista mydlana piana. Bezpiecznie i znajomo. Do czasu, gdy - dość prędko, po kilku-kilkunastu minutach - do głosu dochodzi cywet. Po brzegowych doświadczeniach ze stajnią Czech & Speake nie pomylę tej nuty z niczym innym. No i jest ona tu sobie. Rezyduje. Przebija. Czy musze pisać, czym pachnie? Ok, napiszę: wysublimowanymi odchodami. Nie ma bowiem mowy o charakterystycznym dla danego człowieka smrodzie, jedynym i niepowtarzalnym. Nie, to jest czysta idea gówna, obecna także w wielu perfumach z gniecioną, więdnącą nutą jaśminu. A zatem, jak to często bywa w dowcipach, chodzi o połączenie górnolotnego piękna z przaśnością ludzkich i zwierzęcych zachowań, które jakże często kręcą się koło dupy. To naprawdę bywa śmieszne, i nie ma się co obrażać o wulgarny język - kupy nie da się opisać ładnie, choćby się człowiek bardzo starał. Ok, dość głupich usprawiedliwień, jedziemy dalej.
Otóż ten niski, przypominający o marności ludzkiej kondycji akord będzie już pobrzmiewał w kompozycji do końca. Na szczęście nie aż tak prominentnie jak w momencie pierwszego wejścia na scenę, a w dodatku pojawi się inny bohater, który tego śmierducha tak zakręci i zawinie, że właściwie obecność tego pierwszego wyjdzie kompozycji na dobre. Niestety nie umiem podać dokładnych danych tego drugiego herosa, wiem jedynie, że znam go już z Gris Clair - tam buchał parą z żelazka, wyjaławiał ziemię i tworzył prądy wznoszące. Połączenie tego akordu z piżmem uważam za geniusz w najczystszej postaci. Oto kolejny akord ciepła, ale jakże inny od tego, do którego przyzwyczaiły mnie drzewne molekuły Kashminy czy Sensuous - kompletnie oderwany od świata roślinnego, na wskroś stałocieplny, tętniący, ruchliwy. Przypomina mi te chwile, kiedy wchodzę pod prysznic, spod którego przed chwilą wyszedł ukochany: kabina ciągle zawiera jego zapach, podkreślony gorącem wody; a w powietrzu unosi się obietnica rychłego spotkania, ciało w ciało, oddech w oddech, bezpiecznie, w miłości. To jest baza, za któą jestem w stanie wiele dać. Do plusów zaliczam też trwałość: co najmniej 10 godzin.

Nadmienię jeszcze, że opis dotyczy wersji eksportowej, zakładam, że zawartość prostopadłościennej flaszki nie różni się niczym od dzwonowej, ale bez testu bezpośredniego wolę nie ryzykować.

Nuty: cywet, kastoreum, kmin, korzenie Saussurea lappa, labdanum, róża, szara ambra, nasiona hibiskusa, wosk pszczeli, wanilia, paczula.

środa, 30 grudnia 2009

fille en aiguillesDługo czekałam na pojawienie się tegorocznych nowości Serge'a Lutensa w moim zasięgu. Tym razem - po niewesołych doświadczeniach ubiegłych lat - z premedytacją nie goniłam króliczka, tylko czekałam, aż sam do mnie przykica. Zrobił to dziś, kiedy szybkim krokiem przechodziłam obok wrzeszczańskiego Douglasa. Pomyślałam, że co szkodzi sprawdzić - i stały tam sobie: Fille en Aiguilles, tegoroczna nowość w seri eksportowej, oraz coroczna limitowana edycja z serii pałacowej, czyli Musc Koublai Khan. Nie bawiłam się w papierkową robotę, tylko od razu zaaplikowałam na skórę - krok nieco ryzykowny mając na uwadze bogactwo opinii dotyczących mongolskiego piżma. Nie żałuję jednak, powiem nawet, że oba zapachy sprawiły mi dużo radości.

Zacznę od tego najnowszego, czyli "Dziewczyny w szpilkach" - możliwości interpretacji tej nazwy są dość szerokie, nie ma jednak wątpliwości, że chodzi tu o igły z drzew. Jest to udany konglomerat aromatów dobrze znanych ze wcześniejszych kompozycji, nie tylko lutensowskich zresztą - temat drzew, żywic i kadzidła jest i pozostanie wiecznie żywy. Dominującą nutą jest żywica, na mój nos bardziej sosna niż świerk, przedstawiona jednak w nietypowy dla firmy, chłodny, trochę duchaufourowy sposób. Przypomina mi Sequoię, a także, uwaga, Zagorsk, tym zielonym, astralnym powiewem. Soczyste drewno, trochę dymu i mało typowo lutensowskiej słodkiej lepkości - to wszystko sprawia, że ze zdziwieniem zaliczam ten zapach do udanych, przynajmniej w pierwszym podejściu. Nie jest może szczególnie oryginalny, ale grzeszy dużą urodą, i nie przytłacza. A za sprawą szczypty kminu (tak mi się przynajmniej wydaje) i dosłownie garstki owoców - żyje, i ma w sobie iskrę ducha uwielbianej przeze mnie ostatnio Aziyade.
Najlepszy Lutens od lat.

Nuty: drzewne igły, wetiwer, laur, kadzidło frankońskie, suszone owoce, przyprawy.

wtorek, 22 grudnia 2009

Podobnie jak rok temu blog był na nartach. Tym razem wszystko działo się w takim pędzie, że nie zdążyłam się pożegnać.

Myślę, że po świętach znów zacznę pisać regularnie.

Tymczasem: czytelnikom życzę ciepła, miłości i spokoju w ten świąteczny czas!

wtorek, 01 grudnia 2009

Zacznę od nazwy, która według wielu osób jest pretensjonalna, a według niektórych wręcz przeciwnie - najmniej pretensjonalna jak się da. Nie zgadzam się z jednymi i z drugimi - nazwa jak nazwa, jakoś nie było takiego szumu wokół Scentów Costume National. Btw, aż dziwne, że nikt nikomu nie wytoczył procesu o kradzież własności intelektualnej. Na szczęście Issey Miyake to nie Bond no. 9.

Teraz butelka. Przepiękna. Właśnie taki kolor ma czyste szkło. Tu dostajemy jego taflę - cieńszą, lub grubszą, w zależności od wybranej pojemności. Miło się na to patrzy, miło trzyma w ręce, tylko ten atomizer na górze mógłby być jakiś inny, nie pytajcie jaki. Na pewno nie widziałabym całości jako pełnego prostopadłościanu, byłoby to zbyt ostre, za mało naturalne jak na tak zielony zapach. Nie wiem, nie znam się na tym, tylko tyle, że odrobinę mi ten atomizer wadzi.

I w końcu zapach. Nie ma przełomu na miarę L'Eau d'Issey, ani pięknego, nieudanego eksperymentu, którym było Le Feu. Jest ciekawa próba zagrania na werbenie, w moim przypadku - na mojej skórze - raczej przegrana. Choć nic nie zapowiada takiego rozwoju wydarzeń. A Scent otwiera się zielonym akordem, szczypiącym jak niektóre szypry. Najbardziej przypomina mi chyba wyprane w nowoczesnym proszku Chanel 19. Nie czuję tu klasycznych faz rozwoju, nie ma też nagłych zwrotów akcji, A Scent płynie w jednym kierunku, popychany stałym powiewem. Z czasem coraz więcej jest w nim pierwiastka jaśminowego - i to chyba łamie tę zieloną moc, która tak mi się podoba na początku. Jaśmin bowiem lubi - podobnie jak inne kwiaty - więdnąć na mojej skórze. Tu niemal widzę coraz mniej białe a coraz mocniej przezroczyste, pogniecione płatki, rozsiewające woń wazonowej wody. Gdzieś w tle wibruje gorzka, soczysta werbena - samo to słowo jest rozedrgane, czujecie? - ale jest przygnieciona tym nieprzyjemnym, zmęczonym akordem kwiatowym, i nie udaje jej się wydobyć na powierzchnię, chyba że chuchnę na skórę - wtedy przez chwilę błyska, i zapada się znów.
Drewno jest kompletnie bazowe, wtopione, ukryte.
Nieprzypadkowo powyżej napisałam o pierwiastku jaśminowym - wszystkie użyte tu aromaty są tak wyśrubowane, tak czyste, że nie mam wątpliwości co do ich syntetycznej duszy. To nie ujma, syntetyczny skład już dawno przestał przejmować mnie dreszczem, wiem, że z czystych molekuł da się ukręcić prawdziwe cuda. Ten zapach dokładnie utarto na pierwiastkową papkę, odarto z podobieństwa do któregokolwiek ze składników, stworzono jednorodną, bąbelkującą, zieloną magmę.

Może latem zabrzmi lepiej. Trudno ładnie grać w tak zgniłą pogodę jak dziś.

Nuty: cytryna, galbanum, hiacynt, jaśmin, werbena, cedr, mech drzewny, piżmo
Rok powstania: 2009
Zamieszała: Daphne Bugey

Oba zapachy są bardzo, bezbłędnie męskie. I oba nie wywołują we mnie żadnych żywszych uczuć.
New York jest dosyć klasyczny ale i ma w sobie dużo żywiołowości, szczególnie w cytrusowym otwarciu. Potem spokojnieje, i rzeczywiście zawiera wszystkie moje ulubione składniki, niestety podane w absolutnie nieprzekonujący sposób. Z produktów początkowych można zrobić cieszące oko, wykwintne danie, lub mrożoną krajankę. To jest raczej mrożona krajanka.

Nuty: bergamotka, cytryna, petitgrain, paczula, cedr, goździki, tymianek, cynamon, czarny pieprz, ziele angielskie, mech dębowy, wetiwer, ambra
Rok powstania: 2006
Zamieszała: Patricia de Nicolaï

Patchouli Homme z kolei niewiele ma wspólnego z paczulą, raczej czuję lawendę i sporo dziwnej mdławości. Raczej nie widziałabym w tym mojego faceta.

Nuty: lawenda, róża, geranium, kadzidło frankońskie, sandałowiec, różanecznik, cynamon, skóra, ambra, wanilia
Rok powstania: 2006
Zamieszała: Patricia de Nicolaï

Przepraszam, że takie szczątkowe recenzje, ale w ramach kończenia z tematem Nicolai wiszą nade mną od paru tygodni i w końcu chciałam je zepchnąć z siebie i zacząć się czymś przyjemniejszym, co nastąpi niebawem.

poniedziałek, 23 listopada 2009

fat electricianNie wiem co odpaliło ludziom z Eldo, by tak niebiańskiemu zapachowi nadać taką nazwę. Przekora? Daleko posunięta, i z dobrym, nieco komicznym skutkiem. Nie pasuje, i ma nie pasować!

Spodziewałam się czegoś, co chociaż przelotnie skojarzy mi się z tzw "eksponowaniem rowa", zjawiskiem, które mnie nie tylko śmieszy, ale i nieco rozczula - jako przykład nieudolności ludzi, ich nieporadności wobec materii, której muszą ulec niezależnie od tego, jak pancerne spodnie zakupią i jak mocno ścisną się paskiem. Właśnie taki widok kojarzy mi się ze zbitką "gruby elektryk" - ten pan ma na pewno więcej w pasie niż w biodrach, ze skutkiem w postaci zjeżdżających spodni. A że elektryk, to i nachylić się czasem musi, a i kucnąć jest potrzeba... et voila.
W zasadzie było to najlżejsze skojarzenie spośród wielu, jakie przychodza mi do głowy na myśl o tłustym panu uz dużą torbą na ramieniu. Obawiałam się jakichś powiewów spod mocno przepoconego, kiedyś białego, a dziś ledwie białawego tiszertu. Myślałam o zapachu elektryczności, usmarowanych drutów wysokiego napięcia, pod którymi nie chcą mieszkać żadne zwierzęta. Pamiętam dobrze dźwięk trwający pod grubymi jak ramię linami pełnymi miotających się elektronów: złowieszczy pomruk skondensowanej energii.

Tymczasem Fat Electrician to zmyślne i szykowne połącznie pysznego, jaśniejącego Straight to Heaven z szorstkością i dystynkcją chanelowskiego Sycomore. Słony, dymny wetiwer, słodkie ziarna wanilii, złoto rumu, przechodzące w stonowaną zieleń jakiejś piekielnej, trującej nalewki, którą ktoś zagęścił smołą - to wszystko tu jest! Genialnie skontrastowane narowiste nuty wetiwerowe z płożącymi się, łagodnymi akordami słodyczy, ciepła i półmroku. Żadnych smarów, żadnych kopnięć i żadnych obleśnych facetów porośniętych kłakami gdzie bądź - zamiast tego elegancja i jednak też dekadencja. Bo maistreamowym bym Fat Electrician nie nazwała. Daleko mu oczywiście do hardkoru Secretions Magnifique, ale mimo słodkich, lejących się nut nie sądzę, by spodobał się sephorowej klienteli. Wetiwer, zwłaszcza w perfumach kobiecych, ciągle czeka na docenienie, czego smutnym przykładem, poprzedzonym szumnymi zapowiedziami, jest Lalique Encre Noire pour Elle, które koło wetiweru może leżało - ale za grubym szkłem. Fat Electician jest cały skąpany w tym zielsku, więc jeśli ktoś nie trawi tej zimnozielonej, drapiącej nuty, może sobie ten zapach odpuścić. Pozostałym polecam, zwłaszcza, że stosunek jakości do ceny jest w tym przypadku niezwykle wysoki.

Dla mnie muszmieć!

Nuty: wetiwer, liście oliwki, wanilia, opoponaks, mirra.
Rok powstania: 2009
Zamieszał: Antoine Maisondieu

piątek, 20 listopada 2009

Back to Black nosi pod-nazwę "Afrodyzjak", i doprawdy trzeba mieć mnóstwo tupetu, by tak podpisać ten bezpretensjonalny w gruncie rzeczy ulep. Back to Black jest mocno słodkim, suchym zapachem, pławiącym się w migdałowych płatkach, sztucznym miodzie, pudrze i porannych mdłościach. Tak, porannych mdłościach. Nie wiem, jak coś takiego ma działać na tak zwaną płeć przeciwną, skoro nawet na mnie samą działa nieszczególnie. No i to zmarnowanie nazwy głównej: nie ma tu nic z mroku, nic z nostalgii, ani nawet nic z nieprzytomnej, zaćpanej Amy Winehouse, dziewczyny o cudownym, zamszowym głosie. Tylko słodkie, lekko labdanowe i oślepiająco białe migdały, porośnięte jasnymi kryształami scukrzonego miodu. Kiedy chucham na skórę do głosu dochodza maliny, i zapach staje się wtedy dużo przyjemniejszy i ciekawszy, czyli być może jest to kwestia skóry... ale nie do końca chce mi się w to wierzyć, bo na materiale jest niestety podobnie nieciekawie.

Nie chcę odsądzać Back to Black od czci i wiary - nosi się go całkiem przyjemnie, mimo swojej ogromnej słodyczy perfumy nie męczą, nie zostawiają też za sobą zabójczego ogona - są raczej dyskretne. Spodziewałam się jednak czegoś więcej, niż takiej liniowej i w gruncie rzeczy nudnej kompozycji. W Back to Black praktycznie nic się nie dzieje, jeśli są jakieś ruchy - a chyba są, bo jednak pod koniec odrobinę tytoniu można wyczuć, a i migdały nie są już tak prominentne - to przypominają one niezauważalne przesuwanie się lodowca - że coś się zmieniło zauważyć można dopiero po wielu godzinach noszenia. A właśnie, trwałość: tu nie można narzekać, ponad 12 godzin i skóra wcale nie ma zamiaru przesać pachnieć. To jednak za mało jak na perfumy o tej nazwie i na tej półce cenowej. Czytam skład i nie chce mi się wierzyć, że taka jest zawartość firmowej próbki.

Nuty: bergamotka, malina, rumianek, kardamon, kolendra, szafran, cedr, wanilia, migdały, wetiwer, labdanum, paczula, mech dębowy.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 40