| < Listopad 2009 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30            

RichardDawkins.net

Locations of visitors to this page
Kategorie: Wszystkie | Recenzje | Drobne | Na temat | Kolekcja | Nałóg | Nowe | Składniki
RSS
piątek, 20 listopada 2009

Back to Black nosi pod-nazwę "Afrodyzjak", i doprawdy trzeba mieć mnóstwo tupetu, by tak podpisać ten bezpretensjonalny w gruncie rzeczy ulep. Back to Black jest mocno słodkim, suchym zapachem, pławiącym się w migdałowych płatkach, sztucznym miodzie, pudrze i porannych mdłościach. Tak, porannych mdłościach. Nie wiem, jak coś takiego ma działać na tak zwaną płeć przeciwną, skoro nawet na mnie samą działa nieszczególnie. No i to zmarnowanie nazwy głównej: nie ma tu nic z mroku, nic z nostalgii, ani nawet nic z nieprzytomnej, zaćpanej Amy Winehouse, dziewczyny o cudownym, zamszowym głosie. Tylko słodkie, lekko labdanowe i oślepiająco białe migdały, porośnięte jasnymi kryształami scukrzonego miodu. Kiedy chucham na skórę do głosu dochodza maliny, i zapach staje się wtedy dużo przyjemniejszy i ciekawszy, czyli być może jest to kwestia skóry... ale nie do końca chce mi się w to wierzyć, bo na materiale jest niestety podobnie nieciekawie.

Nie chcę odsądzać Back to Black od czci i wiary - nosi się go całkiem przyjemnie, mimo swojej ogromnej słodyczy perfumy nie męczą, nie zostawiają też za sobą zabójczego ogona - są raczej dyskretne. Spodziewałam się jednak czegoś więcej, niż takiej liniowej i w gruncie rzeczy nudnej kompozycji. W Back to Black praktycznie nic się nie dzieje, jeśli są jakieś ruchy - a chyba są, bo jednak pod koniec odrobinę tytoniu można wyczuć, a i migdały nie są już tak prominentne - to przypominają one niezauważalne przesuwanie się lodowca - że coś się zmieniło zauważyć można dopiero po wielu godzinach noszenia. A właśnie, trwałość: tu nie można narzekać, ponad 12 godzin i skóra wcale nie ma zamiaru przesać pachnieć. To jednak za mało jak na perfumy o tej nazwie i na tej półce cenowej. Czytam skład i nie chce mi się wierzyć, że taka jest zawartość firmowej próbki.

Nuty: bergamotka, malina, rumianek, kardamon, kolendra, szafran, cedr, wanilia, migdały, wetiwer, labdanum, paczula, mech dębowy.

czwartek, 19 listopada 2009

cb novemberNovember jest przerażający i fascynujący jednocześnie.
Z fiolki pachnie obrzydliwą, zatykająca czystością, na skórze ta nuta magicznie rozprasza się, roztapia w słodycz prażonych kasztanów i charakterystyczny, papkowaty swąd dyni. No i jabłka, rzeczywiście, zapomniane jabłka w podgniwającej trawie, pleśniejące powolutku od dołu. Nie chcę głębiej wciągnąć powietrza w nozdrza, w obawie że z jakiegoś kąta wychnie ta okropna nuta, jak źli, pokręceni ludzie w filmach Davida Lyncha - czujemy, że taki ktoś jest poza kadrem, i w każdej chwili gotów jest wyjść prosto na nas i skosić nas zawałem serca. Tak, jest w Listopadzie - przykryty słodyczą niczym paść pod warstewką suchych liści i gałązek - paniczny akord stęchlizny i rozkładu, bolesny w realiźmie, w jakiś sposób uzależniający, bo nie mogę przestać się wąchać, ciągle mam wrażenie, a raczej nadzieję, że się uładzi, cywilizuje. Nic z tego. Połączone siły lasu, grzybów i dymu absolutnie nie dają rady mocy wilgoci. Ta mokra nuta w November, stopiona z orzechową niewinnością tworzy hybrydę, na zawsze. Mam gęsią skórkę.
Tak, to niewątpliwie zapach eksperymentalny i dla mnie kompletnie nienoszalny.

Nuty: placek dyniowy, opadłe jabłka, ognisko, drzewny dym, suszona trawa, opadłe liście, mokre gałęzie, nasiąknięty wodą mech, kurki (kurki w listopadzie?), szczypta sosnowego lasu. Muszę przyznać, że opisy nut w wykonaniu Brosiusa to chyba najlepsza część jego pracy :)

poniedziałek, 16 listopada 2009

fall of romeTak się składa, że to mój pierwszy próbkowany zapach MDCI, i najlepiej trafiony w mój gust, co zresztą nietrudno było przewidzieć spoglądając na listę nut. Choć początkowo trochę odstręcza mnie lawenda w połączeniu z grejpfrutem - który w tym wydaniu jest wyjątkowo chętny do prezentowania swojej siarkowej strony osobowości - po kilku minutach zapach uspokaja się, osiada, i prezentuje niezmienrnie interesującą pełnię siebie. Jest idealny, wielowarstwowy i władczy, przepięknie otwarty na ościerz kardamonem, wewnątrz obsypany grubo mielonym czarnym pieprzem. Pikantność nie jest jednak cechą w Invasion Barbare dominującą, to bardzo harmonijny konglomerat różnych właściwości. W głębi znajduję esencjonalne, spływające zimną i wodnistą żywicą drewno, oraz skórzastą wanilię (trochę przypomina Felanillę). O dziwo w składzie na Luckyscent nie wymieniono skóry, a na pewno jest w bazie zapachu. Całość trzyma sie pewnie i mocno przez ponad 6 godzin, z upływem czasu raczej pięknieje niż więdnie.
Zapach stworzony jako męski, ale widzę w nim wiele pięknych pań.

Nuty: greipfrut, bergamotka, liście fiołka, biały tymianek, kardamon, lawenda, imbir, cedr, wanilia, piżmo.
Rok powstania: 2007
Zamieszała: Stéphanie Bakouche

sobota, 14 listopada 2009

honore des pres chamans partyHonore des Pres swoje pierwsze dzieci wydało na świat dokładnie rok temu, listopadową porą, pod sztandarem z hasłem: "Rich is Simple" - pozwolę sobie nie tłumaczyć, żeby zachować pewną jego nieokreśloność. Perfumy powstające pod skrzydłami Honore des Pres mają być stuprocentowo organiczne, wolne od ftalanów, sztucznych barwników, a jednocześnie dorównywać standardem dobrym francuskim tradycjom perfumeryjnym. Założycielem domu jest Christian David, matką zaś, jak i twórczynią wszystkich propozycji zapachowych - dobrze znana czytelnikom tego bloga Olivia Giacobetti.

Chaman's Party to rzeczywiście mocno organiczny zapach, od początku pachnie grzybnią i zbutwiałym dymem, jakby ktoś w bieda-lesie palił jakimiś smołowanymi brykietami, które zdążyły zatęchnąć w podłej ziemiance. Odrażające? Skąd. My - niuchacze - lubimy takie wycieczki krajoznawcze z nutką szaleństwa. Grzybki zresztą bardzo szybko ulatniają się i zostaje zawiesita, bura zasłona spalenizny, nieco słodszej niż na początku, ale nadal sympatycznie zgryźliwej i szczypiącej w oczy. To oczywiście słony, suchy wetiwer, nie strojący się w piórka, perły czy kwiatki, i nie bawiący się w udawanie, że nie jest tym, kim jest. Znajduję tu to samo ponure stworzenie, które panoszy się w Turtle Vetiver, ale w Chaman's Party występuje ono w szczyptach, więc nie robi tak zwalającego z nóg wrażenia. Tym bardziej, że z dna ogniska powoli, pokonując zaciekły opór unoszą się bardziej balsamiczne nuty, choć daleko im do triumfu w którejkolwiek fazie - po prostu tam są, cieplejsze mignięcia gwajakowego drewna na dnie kotła pełnego grafitowych kłębów. Całość jest perfekcyjnie wyważona, za ogromny plus poczytuję, że nie pogrąża się coraz mocniej w słodyczy, co często spotyka dymne zapachy - do końca ściska gardło, w czym przypomina mi Black Tourmalin, który jednak w porównaniu z kreacją Giacobetti tchnie chłodem i jest wyraźnie mineralny. Kompozycja Honore de Pres należy bardziej do miękkiego, pełnego nawoływań świata Indian i wiecznych łowów.

Tak mogłyby pachnieć skarlałe, upodlone ciemne Elfy.

Nuty: haitański wetiwer, egipska bazylia, wenezuelski gwajak, suszone kwiaty goździków z Madagaskaru
Rok powstania: 2008
Zamieszała: Olivia Giacobetti

poniedziałek, 09 listopada 2009

Maharanih po raz kolejny przywołuje wspomnienie bazy, którą poznałam w Fig Tea - znowu czuję tego słodkiego ciągutka, który tu wyraźnie zbacza w strone cukierka z orzeźwiającym wtrętem pomarańczy. Były nawet kiedyś takie owocowe irysy. No więc w wielu aspektach jest to taki irysek: nieco dziecinny, bezpretensjonalny, nie dla wyrafinowanych gustów. Nuty z Luckyscent nie mówią jednak całej prawdy: z czasem Maharanih z podlotka zamienia się w dość wyuzdaną pannę. Połączenie ostrych nut cytrusowych z cywetem jest ryzykowne, na mojej skórze brzmi tak sobie - a przecież takie zestawienie potrafi byc bajeczne, jak choćby w Pamplelune - ale ja akurat jestem na cywet przeczulona. Trochę za sztampowo to wszystko wyszło: takie typowe yin, miękkie, mokre i niejednoznaczne. No i to podobieństwo do Vanille Intense - ta sama bogata złocistość - duże, za duże, choć obiekcje powinnam mieć raczej we wczorajszej recenzji.

Nuty: słodka i gorzka pomarańcza, olejek różany, goździk, paczula, geranium, cynamon, sandałowiec, ambra, cywet.
Rok powstania: 2006
Zamieszała: Patricia de Nicolaï

A teraz ciekawsza propozycja z tej pary. Charakterny jeździec z tego Maharadży, wręcz widzę iskry rzucane przez jego czarne oczy. Żeby było ciekawiej - jest to propozycja dla kobiet, tym razem niestereotypowa. Otwarcie wyraziście ziołowe, gorzkie i potargane, szybko i jakby niedbale pociągnięte lawendowym płaszczem. Przez dłuższą chwilę żywioły ciepła i chłodu walczą ze sobą, wreszcie jednak nadciągają cynamonowe posiłki i zimno musi ulecieć. Cynamon zresztą dominuje potem w kompozycji, i dałabym sobie uciąć głowę, że jest podszyty cielesnym futerkiem kminu, a może czegoś jeszcze bardziej zwierzęcego - na szczęście na tyle delikatnie, że wyłącznie pogłębia fakturę, samemu unikając bezpośredniej percepcji. Końcówka przypomina mojego ulubionego brudasa, czyli Eau D'Hermes, który porządnie - ale przed kilkoma godzinami - natarł się goździkami. Emanuje delikatnym ciepłem odpoczywającego ciała.

Nuty: mięta, kolendra, lawenda, goździk, paczula, sandałowiec, cynamon, goździki, wanilia.
Rok powstania: 2006
Zamieszała: Patricia de Nicolaï

sobota, 07 listopada 2009

Mam problem z kompozycjami Nicolai.
Nie mogę odmówić im urody. Ba! W zasadzie każda, którą poznałam, jest skończenie piękna. Jest właściwie dziełem sztuki - i być może na tym polega trudność. Dzieła sztuki najlepiej prezentują się na eksponowanych miejscach w gablotach czy na ścianach, na ciele - z rzadka. Nie każdy dzień jest dobry na noszenie wyrafinowanej biżuterii, najczęściej potrzebny jest jeden, skromny element. Perfumy Nicolai z ich strojnością i skomplikowanymi liniami do takich codziennych celów się nie nadają.

W kompozycjach Nicolai często pojawia się charakterystyczna nuta, a właściwie cała melodyjka, czy raczej podkład rytmiczny, analogiczny do sławnej Guerlinade - choć zupełnie od niej inny w charakterze. Klasyczne kompozycje Guerlaina tchną miękkim, jazzowo-bluesowym, trochę zdystansowanym feelem, natomiast akord flagowy Patricii de Nicolai - zresztą wnuczki Pierra Guerlaina - to coś bardziej soczystego i funkowego. Szypr delikatny jak jedno pociągnięcie maskary, plus coś wyraziście mleczno-owocowego, w formie ciągutkowej krówki, owinięte w pachnącą irysowym pudrem bibułę - tak rysuje się w moich nozdrzach Nikolajda. Akord ten wyraziście poczułam w Fig Tea - pierwszym zresztą zapachu Nicolai, jaki wpadł mi w ręce. Zdaje się, że flakon do dziś krąży po Polsce, a może w końcu osiadł gdzieś na dłużej?

słońce złoteWracając do Vanille Intense - Nikolajda jest tu wyraźnie obecna już w sercu zapachu, i zaryzykowałabym stwierdzenie, że wanilia jest do niej tylko dodatkiem. Jedynie w głowie dominuje - i jest to ten jej niebezpieczny rodzaj, znany mi dobrze z L Lolity Lempickiej - wyrazisty, suchy, mocno obrysowany. To wanilia biała, ale nie plastikowa; najeżona tysiącem lodowych szpilek, lśniąca jak gwiazda. Przekładam taką jej interpretację nad moje ostatnie rozczarowanie, czyli Havana Vanille, gdzie główny składnik zbrązowiały był ze starości, i niewyraźny w swej pylistej zasłonie. Vanille Intense na tle kompozycji L'Artisana prezentuje się jako twór, który miał milion lat więcej na ewolucję, w dodatku pod bardziej złocistym słońcem - jest czymś znacznie wyraźniej ukształtowanym, precyzyjniej ukierunkowanym, i w większym stopniu wykorzystującym drzemiący w sobie potencjał. Zaawansowane piękno, niemal technologiczne, ale jednak żywe.

Vanille Intense to zdecydowanie jeden z bardziej ujmujących waniliowców jakie znam, niestety - nie dojrzałam jeszcze do noszenia go. A przy okazji, może w końcu zrobię jakiś ranking zapachów waniliowych?

Nuty: pomarańcza, kwiat pomarańczy, nieśmiertelnik, rum, cynamon, drewno, paczula, ambra, piżmo.
Rok powstania: 2009
Zamieszała: Patricia de Nicolaï

piątek, 06 listopada 2009

Miss.Natasha zgodziła się, bym na blogu umieściła jej relację ze spotkania z Pierrem Guillaumem, stwórcą i twórcą zapachów Parfumerie Generale, które odbyło się 19 października 2009 roku (organizatorem był sklep Les Senteurs, czczący cyklem spotkań z perfumiarzami ćwierćwiecze swego istnienia). Tak więc: ku pamięci, by nie zniknęło w czeluściach forów - zamieszczam. Relacja kursywą, moje mało znaczące wtręty - normalną czcionką.

było fantastycznie! Pierre Guillaume jest pełen energii, bardzo inspirujący i całkiem "normalny" - był bardzo skory do rozmowy przed i po spotkaniu. podczas samego wywiadu zachowywał się bardzo naturalnie :) [jest też zwyczajnie przystojny ;)]

To może w tym miejscu przypomnijmy jak wygląda :)

pierre guillaume

Bystrooki, prawda? Nie ma nic piękniejszego...

pozwolę sobie wrzucić parę moich notatek z wieczoru:
1. Pierre mówił o tym, że nie wierzy w wyszukane filozofie stojące za zapachami. Samo kreowanie perfum sprawia mu przyjemność i takie też kompozycje tworzy - nie jest zainteresowany wyszukanymi, "gotyckimi", ciemnymi i w pewnym sensie smutnymi zapachami, jak również typowo kwiatowymi ["Not my cup of tea at all"].

Zaplusował - odżegnywać się od smutku i gotyckości w czasach dominacji wampirofilów wymaga sporej niezależności. Podoba mi się ta bezpretensonalność w tworzeniu - to ma być radość a nie pogłębianie den. I tę radość rzeczywiście w kompozycjach PG można wyczuć - pisałam o tym np. w recenzji Coze.

2. Podkreślał wagę składników syntetycznych - możemy mieć zapachy stworzone w 100% z naturalnych esencji aczkolwiek będą one dość...nudne. Nie liczą się same składniki lecz to, co jest z nich zrobione - w jaki sposób zostaną wykorzystane. Wyjaśnił też, że wcale nie chodzi tu o cenę [jako przykład podał rozmaryn, który w swojej perfumowo najszlachetniejszej postaci jest bardzo tani]. Co ciekawe - powiedział też, że jest zmęczony praktykami polegającymi na promowaniu nowych nut, czy też ich zestawień [np. reklamując w ten sposób nowy zapach] jak również "chwaleniem się" zawartością procentową danego składnika ["If someone is telling you that - 'Oh, in our new perfume we've got 15% of pure vetiver' - you won't smell anything else! It's like a messy musical not a perfumery anymore"]. Dlatego też postanowił, że przy swoich kolejnych nowych dziełach skupi się na nutach jeszcze mniej, niż dotychczas ;)

I znów plus: wszelcy rzecznicy domów perfumiarskich, jak i spora część nosów, boi się, albo ma wyraźny zakaz mówić o roli składników syntetycznych. W wielkonakładowych czytadłach ciągle powielane są pi-arowe bzdury o niemal stuprocentowej naturalności znanych perfum. Banialuki to są, o czym zresztą już kilka lat temu głośno mówił Luca Turin.

3. Poza tym ma to związek z tym, że wiele osób - zdaniem Pierre'a - ma błędne pojęcie o tym jak poszczególne składniki pachną.

Oczywiście. Dostęp do pojedynczych nut nie jest czymś powszechnym.

Zwłaszcza piżmo, o którym powszechnie mówi się że jest brudne i odzwierzęce [animalic?]. Prawda jest taka, że samo piżmo robi się takie tylko jeśli jest dodać do niego civet, czy castoreum. Podkreślił, że dzieje się tak często za sprawą źródeł internetowych czyta i ma czasem ubaw widząc, jak ludzie interpretują jego perfumy.

Znaczy się - czyta. Attention whore! :)

Jako dowód puścił „w obieg” buteleczkę z Silvanone Supra co jest odpowiednikiem białego piżma – osobiście czułam bardzo niewiele [podobnie jak przy E Iso Super] co Pierre wytłumaczył jako naturalną wrażliwość na pewne nuty – w tym właśnie piżmo, dlatego też mamy sytuacje, kiedy jakiś zapach wydaje się pewnej osobie zbyt mocny, a dla innej jest prawie niewyczuwalny. Porównał to do zdolności małych dzieci, które mogą słyszeć ultradźwięki – ta wrażliwość z wiekiem zanika.
BTW w Musc Maori białego piżma jest ponoć 40% ;)

I nie brzmi jak niechlujny utwór muzyczny? ;) Ok, piżmo to nie wetiwer, zwłaszcza syntetyk. Przyznam, że w Musc Maori piżma nie czułam, za to coś mocno mi zgrzytało między czekoladowymi powłokami, może to było właśnie to 40%.

4. Bardzo ciekawym zagadnieniem była technologia wykorzystywana w Parfumerie Generale, czyli Photo-Affinage z wykorzystaniem światła UV. W skrócie jest to „postarzanie” kompozycji perfum za pomocą ingerencji w skład cząsteczkowy [? proszę mnie nie pytać o wyjaśnienia ;P]. Odbywa się to po procesie maceracji, a przed koncentracją. To tak, jakby zostawić butelki perfum w idealnych warunkach do leżakowania – bez dostępu światła i w odpowiedniej temperaturze, etc. Nabierają one wtedy swoistej melancholii, zmieniają swoją „energię” i tracą na agresywności. Tłumaczył to na zasadzie kobiety, która dba o siebie przez całe życie i pięknie się starzeje ;) - naturalny proces. Aczkolwiek nie ze wszystkimi się to udaje – Tubereuse Couture wyszło ponoć okropnie ;)
Zabieg ten stosowany jest z powodzeniem z Coze i L'Eau de Circe. Metoda czeka na
opatentowanie.

Pamiętam, że już kiedyś o tym czytałam (chyba na oficjalnej stronie Parfumerie Generale), przy czym było to opisane dużo mniej szczegółowo - ale ingerencja na poziomie fizycznym wydała mi się wtedy niesamowicie twórczym pomysłem, i nadal tak sądzę. Przyznam, że niestety nie bardzo rozumiem, o co tu chodzi: z jednej strony postarzanie promieniowaniem UV - wszystko się zgadza, pewnie następuje jakiś rozpad na poziomie molekularnym, ale z drugiej porównanie tego do dbającą o siebie kobietę - która, jak przypuszczam, właśnie chroni cerę przed UV i stosuje kremy ochronne... No to jest coś wręcz przeciwnego. Mam nadzieję, że kiedyś będe miała okazję spytać o to pana Piotra osobiście.

5. Z ciekawostek: * numer 1 w kolekcji był podobno kompozycją stworzoną dla osoby bliskiej sercu Pierre'a – jako, że uczucie się zdeaktualizowało postanowił zacząć od 2 ;)

Oj, chciałabym powąchać numer 1.

* W Coze nie ma klasycznych nut głowy – mamy serce i bazę w których skład wchodzą paczula, konopie indyjskie [siano + akcent metaliczny], absolut kawy, pieprz, gałka muszkatołowa, pimento berries, wanilia itd. - teraz kto posiada Coze proszę zaaplikować na nadgarstek a potem zlizać :D jest to sposób rekomendowany [i demonstrowany] przez samego pana Guillaume. Takie wielowymiarowe testowanie pozwala ponoć na głębszą interakcję ze składnikami takimi jak pieprz, czy inne przyprawy.
Coze to mieszanka 62 składników z około 70, z którymi Pierre pracuje w swoim laboratorium.

Polizałam swoją Felanillę. Jest gorzkawa i ostra. Za dużo lizać nie będę, bo ma przecież kumarynę :)
Szokuje mnie - pozytywnie - niewielka ilość składników w zapachowym warsztacie PG. A mówi się, że to Ellena jest minimalistą!

* Cologne Grand Siecle jest zapachem złożonym z powszechnie dostępnych składników – w 100% naturalny, w 90% organiczny [olejek z bergamotki został zastąpiony ze względu na swoją toksyczność]
* Bestsellerami w Rosji są Tubereuse Couture i Musc Maori, w USA – Aomassai.
* Pierre uznaje zapach za gotowy, kiedy ten zaczyna mu się wymykać spod kontroli i stwarzać w sobie nową jakość – jawi mu się wtedy prawie, jak nowe życie ;)

Takie "oderwanie" charakteryzuje chyba każdy udany proces twórczy: czytałam, że np. malarzom obrazy malują się same, a i mi czasem się coś "pisze" - i jest to dobre.

* Jeśli chodzi o plany na przyszłość, to wspomniał tylko że kupił ostatnio nowy
surowiec – absolut lotosu, który jest podobny do tuberozy.

A teraz mam pytanie – dostałam na odchodne tzw. goody bag, czyli upominek w skład którego wchodzi między innymi 30ml zapachu PG – sęk w tym, że nie mam pojęcia co to jest! Na etykiecie ma napisane „Mjo BiaO” - czy ktoś się z tym może spotkał?! Napiszę do Les Senteurs, co za cudo mi sprezentowali ale jestem ciekawa Waszych informacji ;)
Swoją drogą uwielbiam ten sklep – wzorowa organizacja, upominek cudo! Oprócz wspomnianej trzydziestki dostałam też perfumetkę Iskander i Apogee i mnóstwo różnych próbek. (...)

Późniejsze śledztwo wykazało że:

(...)"Mjo BiaO" [ta ostatnia litera jest wyraznie wieksza] - to jest kompozycja stworzona specjalnie dla uczestnikow spotkania i zawiera m.in. miod, bob tonka i dym drzewny [woodsmoke ?] - reszta jest tajemnica. (...)

I to już ostatni plus: kompozycja specjalnie dla uczestników spotkania. To się nazywa poważne i uczciwe podejście do klientów. Jakże daleko od mainstreamu!
Wydaje się, że traktowanie użytkowników perfum jak ludzi (a nie jak stada baranów) przynosi dobre efekty: w Galilu zabrakło dopiero co wprowadzonej do regularnej kolekcji L'Eau Guerierre. I jam się do tego przyczyniła :)

Jeszcze raz dziękuję Miss Natashy za możliwość wklejenia Jej arcyciekawej relacji na blog. I oby więcej takich wydarzeń stało się naszym udziałem!

piątek, 30 października 2009

papyrus de cianeOd paru dni mam wrzucić kolejny tekst pochwalny na temat pana Piotra, więc niech to posłuży jak wprowadzenie: Octavian donosi, że w lutym 2010 Parfumerie Generale wypuści perfumy z numerem 24, Papyrus de Ciane (ależ nazwa!), drzewno-zielony zapach nawiązujący do pewnej słynnej perfumowej bazy. Ma to być drewno pełne paradoksów, gęste i eteryczne jednocześnie. Więcej w linku, oficjalne info tu. A ja pozostaję w mlaskającym szacunku :)

wtorek, 27 października 2009

Co tu tak pięknie pachnie? To ja.

Siedze sama w pokoju i spokojnie rozkoszuję się tym, co mam na skórze przedramion. Jak za starych, dobrych czasów, kiedy Chronos był dla mnie łaskawszy i znajdowałam w życiu dużo nisz, w których mogłam się zanurzyć bez pośpiechu. Dziś tego pośpiechu znacznie więcej, nawet teraz, ale sam fakt że piszę, świadczy, że jest dobrze.

unicorn blade runnerKonkretnie: z prawej ręki dochodzi słodka i niewinna woń Pegaso Etro, zapachu, który wydawał mi się nijaki, dopóki w moich myślach nie zmienił nazwy na Jednorożec. Teraz desygnat znalazł właściwe imię, powstała jednia, a to zawsze daje synergiczny efekt. Nagle Jednorożec wydmuchuje ze szklanych nozdrży powietrze pochodzące ze świata bez skazy, zza najwyższych gór świata, gdzie światło nigdy nie gaśnie. Wibrująca, świeża mieszanka jakichś rajskich owoców, czystości, promieni słonecznych i cienia drzew, a w tle słychać cichutki śmiech dzieci. Trochę kojarzy się z White Patchouli Forda, a trochę z jakimś mainstreamowym hiciorem, ale nie na tyle, by zabić uroczy efekt. Podobno Pegaso miało przywoływać Toskanię. I rzeczywiście pod względem słodkiego piękna pasuje do niej.

Nuty: bergamotka, cytron, neroli; bazylia, czarny pieprz, irys; cedr, benzoes, labdanum.
Rok powstania: 2009

angelique encens creedNa lewej mam coś sroższego: Angelique Encens Creeda, chyba jedyny zapach z tej stajni, który mi się podoba. To ciężki kaliber, mimo nazwy sugerującej niebiańskie powinowactwo. Zresztą, czy wszystko co niebiańskie musi być lekkie i beztroskie? Kiedy weźmie się pod uwagę surowość Jedynego boga, jego nieprzejednanie, zazdrość, brak empatii, a także doniosłość spraw, jakimi musiałby się zajmować, gdyby rzeczywiście to robił, nagle widać dużo miejsca na jak najbardziej poważne, ciężkie tony, trombity, surmy i kotły. Taki właśnie gromowy to zapach, mimo ulotnej woni kadzidła: tu osadzono je na spoistej bazie, w moim odczuciu mydlano-irysowej, potej mocno nasyconej ziołami. Święty dym nie przestaje z niej łyskać, rzucać blaski, kipieć. To mocno rozwarstwiona woń, pulsująca i nieobliczalna. Pod szarym płaszczykiem pokory znajdują się wszystkie niebezpieczeństwa świata. W bazie Angelique Encens osiąga satori, rozpływa się w jasności. Przepiękna sztuka.

Nuty: arcydzięgiel, kadzidło, tuberoza, ambra, wanilia.
Rok powstania: 1933!

piątek, 23 października 2009

Zagraniczne blogi corocznie piszą o jesiennych perfumach dopiero po połowie października, kiedy to w Polsce jesień jest najczęściej już nieźle rozkręcona. Ciekawe, skąd to przesunięcie w stosunku do astronomicznych pór roku. No ale nie o tym miałam, tylko o tym, że w tym roku idę z prądem, i jako że mam akurat chwilkę, podzielę się zawartością i ulubionymi smakołykami z jesiennego koszyka.

Od dłuższego już czasu moim numerem jeden, kiedy mam wyjść i zrobić wrażenie, jest mieszanka Kashminy Touch i Let Me Play the Lion, w stosunku mniej więcej 2:1. Efekt jest nie do odparcia, chciałam napisać, że piorunujący, ale to kompletnie nieadekwatne słowo: po prostu ludzie chcą się znaleźć w strefie tego ciepłego promieniowania, w bezpiecznym, pachnącym relaksem bąblu dobrego samopoczucia. Magia w czystej postaci. Ta Kombinacja dopuszcza też do siebie Sensuous w niewielkich ilościach, ale proporcji jeszcze nie opracowałam.

Kiedy mam wejść w sytuację z impetem i optymizmem, wybieram The Spirit of the Tiger - maść kamforowa rozgrzewa serce i dłonie, ze środka bucha korzennymi goździkami. Powietrze drży na granicy chłdu i gorąca, tworzy wrażenie ruchu i żywości. Łatwo w takim ekwipunku wybrać się gdzieś daleko, nawet w szarugę totalną.

By być obezwładniającą profesjonalistką, wygrzebuję z koszyka Felanillę. Takie darzenie poczuciem mocy najczęściej przypisuje się szyprom, a tu nagle coś, co powinno być słodkie i milusie budzi we mnie panią Zimną. No cóż, Felanilla wbrew pozorom nie zalicza się do słodziaków. Powiedziałabym, że jest nieco groźna w swojej złocistej kanciastości. Ma jakiś taki kant, niewidzialną niemal, tylko czasem pobłyskującą żyłkę, którą łatwo komuś poderżnąć gardło.

Ach, jak kocio się zrobiło! Koty ewidentnie towarzyszą aktywnej stronie mojego życia. Teraz ta bardziej pasywna.

Dune jest w tym roku zapachem kompensującym mi niedobór złotej polskiej jesieni - która chyba pobyła u nas chwilę we wrześniu, i to by było na tyle. Pogodne popołudnia spędzałabym na plaży, pośród wydm pachnących najpiękniej w roku. Niestety, ten zapach uwalniają tylko w złocistym słońcu jesieni, pod niskimi chmurami zamykają go gdzieś między ziarnami, a fale sztormu wypłukują go z zaciekłością, by nic nie sostało na przyszły sezon. Tak, w tym roku zaliczyłam tylko jeden typowo jesienny plażowy spacer, i zapachu wydm nie mam dosyć - stąd wybór piaskowego Diora.

A kiedy wracam z biegania, i kiedy po prysznicu w zmęczone ciało uderza chłód ścian domu, nużam się w moim wieloletnim ulubieńcu - Jungle Elephant. Ten zapach zawsze zdawał się mówić: niech moc będzie z tobą. Tak jakby jako jedyny zawsze we mnie wierzył. Teraz, kiedy w końcu moc jest ze mną, usmiechamy się do siebie w chmurze jego czarów. Od czasu do czasu zastępuję go równie potężną, i nieco bardziej tajemniczą Aziyade.

Jesień. Kolejna jesień zmian :)

*Pachnoniuchy to oczywiście odpowiednik smakołyków. Niestety słowo nie brzmi najlepiej :)

poniedziałek, 19 października 2009

nie mój stary, niestetyGdyby tytułowy apel odniósł skutek, doba zrobiłaby się dłuższa, a ja miałabym czas pomieścić w niej trochę więcej aktywności. Obawiam się jednak, że ciała niebieskie pozostaną obojętne wobec moich nawoływań, a na obrazku nie znajduje się mój stary, więc spieszę uprzedzić czytelników, że w najbliższym czasie wpisów będzie mniej, i mogą pojawiać się z dużą nieregularnością. Zaangażowałam się na zupełnie innym polu, bardzo wymagającym czasowo, i resztą świata po prostu nie mam kiedy się zająć.

Zdystansowanie się do perfum nie jest dla mnie łatwą decyzją, ale widać tak musi być. Mam nadzieję, że z czasem tak ułożę sobie życie, by pachnące hobby miało w nim stałą, niewielką półeczkę.

Pozdrawiam Was serdecznie :)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 39