|
wtorek, 24 stycznia 2012
wtorek, 17 stycznia 2012
"Zachwycające jak słońce
Ja akurat ten utwór poznałam później, w czasach licealnych, przez przyjaciół. Nauczyliśmy się go, i śpiewaliśmy czasem na głosy przy kominku podczas wypadów na zapadłą w bory, kaszubską wieś. I musi być coś w tym zapachu, co te bory, tę dzicz, zapach opałowego drewna, ciężkich bali, z których zbudowany był ten dość przewiewny, wiejski domek, przypomina. Ta róża o 31 tajemnych składnikach otwiera się bowiem bardzo żywicznie, z niewielką domieszką czystego, ciepłego oudu. Róża pobrzmiewa ledwo w tle, a pierwszy plan od samego początku malują kolory złociste, ciepłe: nabrzmiałe brązy, mięsiste ochry, nasączone światłem bursztynowe kamyki. Jasnością i pogodą przypomina ten zapach Citrine Durbano, i nie przypadkiem w obu kompozycjach dużą rolę odgrywa szczególnie wesoła interpretacja kadzidła olibanowego. W głowie i sercu bardzo wyraźny jest też cedr: taki jak lubię, czyli dość suchy, ale i żywotny, o wielki odległy od typowych ścinków z temperówki, lub, co gorsza, cedru uwodnionego. Ten tu jest wyjęty świeżo z żywego drzewa, rosnącego gdzieś na skraju pustyni. W sercu Rose 31 narasta słodycz - znów jedna z moich ulubionych, mająca swe źródło w gwajaku. Chciałabym mieć to drzewo u siebie na balkonie. Wyraźniej też czuję pieprz, który z niewinnej, drobnopłatkowej, i jak najbardziej różowej róży czyni istotę trochę bardziej drapieżną: zarysowuje jej zalotnie i ostro podniesioną, czarną brew. Zakończenie jest absolutnie rozkoszne, zdecydowanie bardziej transparentno-drzewne niż różane. Znana z innych zapachów przewrotność Le Labo (nuta nazwy kompozycji rzadko kiedy bywa jej składnikiem dominującym) i tu daje o sobie znać - w żadnym stadium róża nie gra tu pierwszych skrzypiec, w każdym na pierwszy plan wysuwa się drewno: od żywic i cedru, poprzez gwajak, aż po ogólnie drewniane nuty bazy, gdzie można wyczuć dużą domieszkę oleistego ISO-E Super. Nie czuję w Rose 31 mojego ulubionego, wzmiankowanego w nutach kminu - prawdopodobnie został zgrabnie utopiony w powodzi innych przypraw. Nie zmienia to faktu, że Rose 31 jest chyba najłagodniejszym i jednocześnie najśliczniejszym zapachem różanym, jaki wąchałam. Porównuję go bezpośrednio do Paestum Rose, innego z moich faworytów, który jako pierwszy stanął mi przed nozdrzami jako krewny kompozycji Le Labo. Tak, jest podobnie przyprawowy, ale znacznie ostrzejszy, i nie ma wątpliwości, że róża jest tam tematem wiodącym. Teraz widzę w Rose 31 raczej podobieństwo do - oprócz wymienionego już Citrine - Safran Troublant L'Artisana. Sugestia, jakoby był to zapach męski, jest śmieszna. Uniseks, z wieloma arcykobiecymi aspektami. A może po prostu bardzo seksowna, uwodzicielska mieszanka dla obojga. Dla mnie - miłość. Kompozycja znakomita; trwałość: ponad 12 godzin, ogon spory, aura i projekcja dobre, bardzo dobre wysycenie. Nuty: róża wielopłatkowa, oud, kmin, goździki, żywica olibanowa, cedr, pieprz, ambra, gwajak, labdanum, wetiwer, nuty zwierzęce;
wtorek, 10 stycznia 2012
Anioł trzygłowy Idealnie byłoby mieć jeszcze do drugiej pary Angela z serii The Taste of Fragrance, z silniej zaznaczoną nuta gorzkiego kakao, ale cóż - jak się nie ma co się lubi, to trzygłowy potwór też jest całkiem ok. Najważniejszą informacją płynącą do mnie ze skóry jest ta, że najmniej podoba mi się klasyczne EdP. No i właściwie nie wiem, czy się smucić, czy wręcz przeciwnie. Moja przygoda z Angelem trwa już prawie 20 lat, przez ten czas najwięcej go nienawidziłam, ale pod koniec miewałam też okresy zauroczenia (a nawet fascynacji, kiedy pojawiła się edycja No Logo, którą szczęśliwie posiadam). Obecnie trwam w stanie głębokiego szacunku, ale nie ciągnie mnie do noszenia EdP na sobie. Za bardzo jest znarowiałe. Więc smutek. No ale przecież pojawiło się EdT, jest edycja likierowa i Le Gout - więc tylko się cieszyć, że producent ciągle stara się trafić w mój gust - i przyznam, że idzie mu coraz lepiej.
... lecz raczej mieć nie będę, bo w międzyczasie pojawiła się woda toaletowa Angel. W perfumiarskim światku miejscami zawrzało: raz, że rozwadnianie klasyka jest zawsze krokiem ryzykownym, dwa, że właściwie nie wiadomo, komu przypisywać autorstwo takiej hybrydy. Teoretycznie twórcą formuły jest Amandine Marie, ale oczywistym jest, że szkielet Angela, autorstwa Oliviera Crespa, jest w EdT obecny, i że bez niego woda toaletowa by nie istniała.
Dostaję za noszenie Angela EdT masę komplementów, i poważnie zastanawiam się nad zainwestowaniem w komeci flakon. Nuty Angel Liqueur de Parfum: słodkie kandyzowane owoce; brandy, drewno wiśniowe; paczula, nuty dymne, gorzka czekolada, karmel, wanilia, miód;
sobota, 07 stycznia 2012
Koncept Musc Ravageur Tajemniczy twórcy Mehaares, zapachu ostatnio zdobywającego sobie uznanie jako tańszy substytut Musc Ravageur (swoją drogą, zabawne jest to, że w sumie nie wiadomo, która kompozycja była pierwsza na rynku) twierdzą, że oparli swa kompozycję o mirrę i daktyle. Jednak każdy, kto wcześniej wąchał MR od razu wyczuje w Mehaares jego szkielet, czyli niezapomniane połączenie piżma i cynamonu. Nie jest może ono tak wyrafinowane i wypolerowane, jak w MR, ale trzyma przyzwoity poziom. Więcej jest w Mehaares cytrusów, zwłaszcza w początkowych stadiach, tchnie też wtedy pewną ziemistością czy piaskowością - całkiem logicznie zresztą, jako że pudełko ozdobione jest obrazkiem przedstawiającym kilka palm, wielbłądy i pustynię - inspiracją jest tu oaza. Jednak już po godzinie pozostaje tylko lekko przyprawowe, słodkawe, pozbawione zwierzęcego pierwiastka piżmo. Trwałość jest całkiem przyzwoita, bo jeszcze po 12 godzinach wyczuwałam na rękawie skrawki zapachu.
Kompozycję polecam wszystkim, którzy szukają ciepłego, cielesnego, a jednocześnie trochę ostrego i orientalnego piżma, którym mogliby się zlewać do pępka. Sama chętnie sprawiłabym sobie flakon, bo ruszanie żelaznych rezerw MR zawsze boli, niestety gama L'Erbolario jest w Polsce nieobecna, a przy zakupie przez internet koszty przesyłki przewyższają cenę flakonu. Pozostają wizyty w krajach nadbałtyckich (gdzie podobno L'Erbolario jest powszechnie dostępne), polowanie we Włoszech, no i - co ma miejsce najczęściej - dobre serca znajdujących się w odpowiednim miejscu znajomych.
piątek, 16 grudnia 2011
Ta różyczka jednak nie jest tworem szczególnie trudnym - to dobrotliwe, pogodne stworzenie. Urzeka pierwsza nuta: jasny, optymistyczny akord cytrusowy z roślinnym, wiosennym podbiciem. Róża zaznacza się od samego początku, jest zdecydowanie herbaciana, połyskująca jak bursztynowy, rozjaśniony cytryną płyn w szklance postawionej na parapecie, w pełnym słońcu. Jednocześnie znajduję w tym zapachu coś, co kojarzy się ze starymi, przechowującymi rodzinne pamiątki i tajemnice, drewnianymi pudełkami, z wieczkiem zdobionym metalem i paciorkami. Taka nutka retro - czystego olejku różanego.
Z czasem w kompozycji wyraźniej zaznacza się paczula i nuty ziemiste, ciemniejsze - ale nie smutne, i nie ciężkie. To taka raczej piaszczysta gleba, przewiana solidnie, zbyt sucha, by znalazła sobie w niej miejsce stęchlizna (którą czasem paczula przywołuje). Całość nieco też chłodnieje - to naturalny proces, słońce obniża się, cienie wydłużają. Podsumowując: kompozycja dobra; trwałość: 6-8 godzin, ogon średni, aura i projekcja umiarkowane, dobre wysycenie. Nuty: bergamotka, zielony mech; bułgarska róża, paczula; kadzidło, haitański wetiwer, ambra, piżmo;
sobota, 10 grudnia 2011
Właśnie się dowiedziałam o śmierci Mony di Orio. Jestem zupełnie zszokowana. Przeleciała mi ta informacja dziś na facebooku, widziałam, że coś się dzieje, ale nie wczytałam się, nie zorientowałam co do ważności treści. Dopiero teraz, gdy mam czas... To wielka strata dla świata perfum. Odeszła osoba całkowicie przekonana do tego co robi, szczerze oddana swej pasji. Niezwykłym zbiegiem okoliczności jeszcze dziś rano czytałam artykuł o niej, jak jako siedemnastolatka postanowiła zostać perfumiarką, a w wieku lat 21 wziął ją pod swe skrzydła sam Edmond Rudnitska. W zeszłym roku Mona di Orio postanowiła wycofać wszystkie swe dotychczasowe zapachy - wcześniejsze kompozycje przestały być wystarczająco dobre w ocenie autorki - i wprowadzić nową linię: Les Nombres d'Or, hołdującą zasadzie złotego podziału odcinka. Mam próbki tych zapachów. Czekały na swój czas. Szkoda, że czekały tak długo. Za długo. Będę je wąchać tej zimy, i wspominać perfumiarkę, która odeszła zbyt szybko.
środa, 07 grudnia 2011
Veneta pachnie nieprawdopodobnie dobrze. Od samego początku jest miękka, lekko uśmiechnięta, ciemna, ale nie ponura. Przytulna i odrobinkę tajemnicza. Pierwszy akord jest niezaprzeczalnie skórzany, z delikatnym sneak preview tego, co się będzie działo dalej: prześwitują delikatne nutki słone, pojawia się fiolet śliwki, a na to wszystko kładzie się jasnym promieniem zawoalowana nuta cytrusów - tak inna w tym otoczeniu od wszystkiego, do czego przyzwyczaiły nas nuty cytrusowe w głowie, że naprawdę trudno ją rozpoznać. Zamiast typowej świeżości, kwaśności i soczystości tu eksponowany jest tylko delikatny uśmiech. Tym co w mojej opinii często odróżnia perfumy dobre od byle jakich jest to, co się dzieje z zapachem po kilku minutach. Te ostatnie, obliczone na efekt początku, krojone z myślą o klientach, którzy decydują się na kupno niemal natychmiast po spryskaniu blottera, często szybko więdną, kiedy po wielkiej i atrakcyjnej głowie cała kompozycja opada z sił i przysiada. Te pierwsze często głowy mają niepozorne lub trudne, ale warto czekać na to, co się dzieje dalej. Veneta udowadnia, że czasem możliwa jest doskonałość: ciało zapachu atrakcyjne od głowy do samych stóp. Węch prześlizguje się po pięknej krzywiźnie czaszki i klasycznym, zdecydowanym profilu, i wędruje niżej, tam gdzie zapach rozwija się w pełni, wśród mieniących się brązów i fioletów. W sercu Veneta pachnie tak, jak zawsze sobie wyobrażałam, że powinno pachnieć Daim Blond Lutensa - skórą aksamitną, meszkowatą, miękką i niewyczuwalną niemal w dotyku, ciepłą jak kaszmirowy sweter. Lutens był jak na to wyobrażenie zdecydowanie za ostry, pełen niedopracowanych zadziorów i frędzli, przypominających raczej kurtkę motocyklisty. Ale ten akord tutaj - to właśnie skóra aksamitna, pyłkowa, w kolorze ciepłego wrzosu przełamującego się czasem pudrowym fiołkiem i cieniem śliwki. Interesujące jest to, że podane nuty niemal zupełnie nie odzwierciedlają akordów, które można w Venecie wywąchać. A zatem dla porządku: dominuje skóra, mocno akcentowany jest delikatny, wcale nie duszący fiołek, charakterystyczna jest śliwka, nadająca wszystkiemu miłej ciężkości i okrągłości, wszystko to rozbielane jest i łagodzone nutami mlecznymi. Jaśmin pojawia się bez swoich typowych charakterystyk, po prostu jako oddalony akord kwiatowy, z paczuli wydobyto tylko zielono-ziemną, szumną frakcję (która jest odpowiedzialna za efekt "płodności", znany np. z Borneo 1834). Po przeczytaniu zestawu nut, włącznie z ogólnym opisem (perfumy skórzane z aspektem kwiatowo-szyprowym), nie pomyślałabym, że Veneta może mi się podobać, szyprowe skóry to zazwyczaj bardzo wymagające stwory, nie w moim typie. Dlatego właśnie te perfumy trzeba koniecznie powąchać. I prawdę mówiąc w ogóle nie ruszają mnie zarzuty, że Almairac jedynie ulepszył akord z Cuir Amethyste Armani Privee. Z takich ulepszeń można się tylko cieszyć, a jeśli taka doskonałość ma szansę - dzięki szerokiej dystrybucji i w miarę przystępnej cenie - trafić pod strzechy, to ja sobie tego życzę. Tak, życzę sobie, oprócz własnego zapasu tego uniwersalnego pachnidła (bo nadaje się zarówno na co dzień jak i na większe wyjścia), żeby pachniało nim jak najwięcej Polek. To by była miła odmiana po niezmiernie popularnych (jak sądzę po ostatniej wizycie w centrum handlowym) jaśminowcach, i całkiem nieźle trzymających się syntetycznych owoco-paczulach. Podsumowując: doskonała kompozycja; trwałość: 6-12 godzin, ogon niewielki, aura umiarkowana, dobra projekcja i wysycenie. Nuty: bergamotka, różowy pieprz, jaśmin Sambac, paczula, mech dębowy;
niedziela, 04 grudnia 2011
Bardzo się cieszę, bo mam dużo dobrych zapachów do zrecenzowania. Róże: Hippy Rose i Rose 31. Trójeczka z Olfactive Studio. Nowy, lepszy Idole, który wreszcie pachnie - i to długo. Dyskretna Bottega Veneta, promienne Elie Saab EdP. Indochine PG, które koniecznie chcę zestawić z Santal de Mysore SL. No i duża niespodzianka ze strony Perfumerii Quality: zapach na dwudziestolecie istnienia, Qessence - kompozycja nie kłaniająca się modom, trzymająca dobry poziom klasyka, zaskakująca w finale. To wszystko, i jeszcze więcej - jeśli czas pozwoli - wkrótce :)
Zamiar udał się w dużej części. 34 Blvd St Germain otwiera czarujący, triumfalny pochód nut zielono-drzewnych, rzęsiście oświetlonych przyprawami. Pierwszych kilkadziesiąt sekund urzeka urodą i wigorem, a szczególnie widowiskowe jest sprężyste, żywotne geranium. Ta bogata fala wznosząca przelewa się jednak bardzo szybko, a potem poziom zapachu znacząco opada. Nadal dość prominentne są przyprawy, pojawiają się kwiaty, a całość utrzymana jest raczej w rockowym, uniseksowym, jeśli nie męskim wydaniu. Kompozycja uzyskuje dodatkowy aspekt - pudrowy - i stopniowo łagodnieje do postaci drzewno-zielonego, cienkiego płaszczyka. Płaszczyk ten nosi się zaskakująco długo, bo ponad 12 godzin, a warto zauważyć, że po jakimś czasie zaczyna irytować nadmiarem włókien syntetycznych. Generalnie mam do tego zapachu dwa zastrzeżenia. Po pierwsze: jest tylko przyjemny. Oryginalny, frapujący, zachwycający, obezwładniający, przełomowy? Nie. Za krótki. Nuty: czarna porzeczka, figowe liście, różowy pieprz, nuty cytrusowe, goździki, cynamon, kardamon, róża, geranium, irys, tuberoza, fiołek, eukaliptus, drewno, nuty balsamiczne;
piątek, 25 listopada 2011
Premiera nowego Etro zupełnie mnie zaskoczyła. Jakoś zupełnie było o niej cicho. Nuty: bergamotka, kardamon, czarna porzeczka, ylang ylang, jaśmin, różowy pieprz, jaśmin Sambac, indonezyjska paczula, wanilia, szara ambra;
czwartek, 17 listopada 2011
Ale obiecuję, że na dniach napiszę o nowym Etro, które jest dość urokliwym zapachem. |
O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Kręcinos
Recenzje (wg nazwy producenta)
Współpracujemy
Bazy zapachów
Blogi
Fora
Reklamy
![]() | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||