Zakładki:
Recenzje (wg nazwy producenta)
Zapraszam do korzystania z wyszukiwarki (niebieskie pole poniżej)
Bazy zapachów
Blogi
Fora
Reklamy
![]() |
środa, 03 lutego 2010
To już prawie miesiąc od ostatniego wpisu. Tak to chyba jest, że raz na jakiś dość długi czas pewne rzeczy w człowieku się gruntownie przewartościowują. I o ile nie nastąpi jakaś katastrofa, całość wychodzi z tego procesu bogatsza i pełniejsza. Choć niekoniecznie podobna. Miałam myśl o zamknięciu tego bloga. Jest już przecież mnóstwo miejsc w internecie, gdzie można czytać o perfumach - opisanych nie raz celniej, dokładniej, i z większą miłością - bo to chyba o miłość tu właśnie chodzi, o tę dobrą energię, która ma moc mnożenia się i zarażania innych radością. Moja miłość do wąchania musi teraz współgrać z kilkoma innymi, rozległymi miłościami do innych rzeczy i stanów. Nie znaczy to, że przygasła. Ale nie mam psychicznej przestrzeni, by o niej pisać - choć brakuje mi tego każdego wieczora. Tak więc dla Was, drodzy czytelnicy, jak i dla siebie samej, piszę: żyję, mam się dobrze, perfumy nadal dają mi dużo frajdy, nie przestaję szukać nowych, ciekawych i najpiękniejszych. Poza tym kompletuję materiał na książkę, i to też jest przyczyna milczenia. Mam nadzieję, że owoc będzie tej przerwy w funkcjonowaniu bloga warty.
wtorek, 12 stycznia 2010
Aksamit i ciepło Tolu w początkowych fazach są pięknie rozkruszone świdrującym, jasnozielonym jakby-szyprem, choć do mocy rzeczywistego sporo mu brakuje. Ta cierpkość, pochodząca chyba z kwiatu pomarańczy, nie pozwala od razu zanurzyć się w żywiczno-pudrowy ocean serca i bazy zapachu. Jego fale jednak stopniowo zmywają nierówności początkowych momentów, kompozycja robi się gładka. W dalszych fazach jeszcze trochę burzy się, pod wpływem ciernistej i ciemnopłatkowej róży, ale w końcu i tak słodko zasypia. Mniej czuję tu odwołań do lasu, słońca i wody, Tolu jest nieco bardziej perfumiarskie, wykreowane i „zrobione”, jak dziewczyna na bal, podczas gdy Dune pozostaje bliskie naturze i nie sili się na karnawałowe przebieranki. I być może dlatego trudniej jest Tolu zdefiniować: całość jest jakby przesłonięta złotą tkaniną, nie do końca widać piękno ciała i grację ruchów – lecz tylko ogólny zarys postaci, trochę nieostry. To z kolei kojarzy mi się z niepewnością autora, który nie będąc przekonany, że zdoła oddać urodę modelki, nakreślił ją z taką właśnie drżącą manierą, by ewentualne niedociągnięcia pokryć łuną tajemniczości. I słuszny był to zabieg, bo efekt nie pozwala narzekać: Tolu, mimo stępionej wyrazistości i łagodności linii jest wdzięcznie noszącym się, tworzącym aurę, ciepłym zapachem, jednym z tych idealnie pasujących do swetrów, i to wcale niekoniecznie kaszmirowych – zdaje się, że wyraźnie czuję domieszkę gryzącej, ale poprawiającej krążenie wełny. Zmieniły się flakony w linii Ormonde, przynajmniej niektóre. Ja mam jeszcze ten starszego typu, smuklejszy prostopadłościan. Bardzo estetyczny dezajn. Nuty: jałowiec, kwiat pomarańczy, szałwia muszkatołowa, orchidea, róża, konwalia, tolu, bób tonka, kadzidło, ambra.
piątek, 08 stycznia 2010
W moim przypadku "Zimowe Uciechy" idealnie komponują się z tym, co zimą lubię najbardziej. Czuję w nich przede wszystkim świdrujący dym z dopiero rozpalanych szczap, kiedy piec nie ma jeszcze ustalonego ciągu, i izbę, którą tak koniecznie chcemy ogrzać spowija szary obłok. Zimno tej kompozycji nie pozwala zapomnieć o warunkach panujących tuż za drewnianymi ścianami chaty: jest cicha, spokojna, bardzo mroźna noc, i jakkolwiek mocno drzewa płakałyby żywicą, te łzy tężeją natychmiast po wypłynięciu. Z czasem ogień rozpala się stałym płomieniem, zapach "oczyszcza się", nabiera przejrzystości, nie traci jednak chłodu, jest jak oddalone, posrebrzane szczyty gór w gęstym, zimnym powietrzu. Ciepłe i jadalne komponenty ciągle majaczą gdzieś bardzo daleko w tle, a dominuje dym i żywice, co powoduje, że zapach wydaje mi się bardzo mocno przynależeć do świata przyrody, zdecydowanie mniej do człowieka. Tak, to zapach nieludzki, niestopliwy ze skórą, suwerenny. Dla wielu osób jest to mankament, i określają Winter Delice mianem odświeżacza do powietrza. Ok, można i tak, przyznam, że i ja czasem go używam jako zapachu do pomieszczeń. Nie przeszkadza mi to jednak upajać się nim od czasu do czasu na sobie, zwłaszcza teraz, zimową, mroźną porą. Nuty: jodła, sosna, żywice, kadzidło somalijskie, cukier, wanilia.
piątek, 01 stycznia 2010
Rok 2009 upłynął mi pod znakiem perfumiarskiego kryzysu. Kryzys ten spowodowany był początkowo przyczynami finansowymi, później jednak stał się kryzysem ogólno-perfumiarksim. Bo kiedy już w końcu mogłam bez budzenia węża w kieszeni wznowić program próbkowania, okazało się, że właściwie nie było warto. Kolejne koperty z fiolkami przechodziły przez moje ręce nie wydobywając ze mnie żadnego poruszenia, zachwytu czy choćby obrzydzenia. Nie ma nic gorszego niż średniość. Dużo bardziej wolę dorwać zapach okropny, który spowoduje wstrząs obrzydzenia, ale móc powiedzieć sobie: ok, nie udało się, ale twórca chociaż próbował. Tymczasem 2009 charakteryzowały przepływy kompozycji kompletnie nic nie znaczących, nie niosących tzw. wartości dodanej, którą sobie coraz mocniej cenię. To oczywiście nie znaczy, że nic mi się nie spodobało. I chyba nie będę oryginalna w swoich wyborach. Oczywiście za najlepsza premierę uważam Sensuous Estee Lauder - warto było poczekać rok od debiutu na rynkach anglosaskich. W tym miejscu muszę też wspomnieć o prymitywnym przodku tego drzewnego cudeńka, a mianowicie Kashminie Touch - zapach jest co prawda z roku 2008, ale w poprzednim podsumowaniu o nim nie wspomniałam. W tym roku był najszybciej schodzącymi perfumami w moim domu. Teraz szybko prześlizgnę się nad niszą: udał się Fat Electician Eld'O, udała się Wazamba Pd'E, spodobał mi się Nightscape Ulricha Langa, no i wspominiane niedawno Fille en Aiguilles pana Lutensa. Turtle Vetiver Les Nez był chyba najbardziej piorunującym zapachem tego roku. Bardzo przyjemnie nosi się Etro Pegaso, choć do przełomowych kompozycji nie można go zaliczyć. Ciągle nie wiem, co zrobić z Epic Woman Amouage: wywołuje we mnie ambiwalentne uczucia, momentami rozpala do białości, momentami odrzuca. Z całą pewności kompozycja jest interesująca. Dziękuję światu za trend oudowy. A teraz ta mniej ciekawa strona medalu, czyli upadki i ślepe uliczki przemysłu perfumeryjnego. Niestety ze ślepych uliczek i ciemnych zaułków można już stworzyć spore miasto. Powiem więc krótko, że zawiodłam się na:
czwartek, 31 grudnia 2009
I nie wiem, czy to zasługa dość długiego ogólno-perfumeryjnego postu, spowodowanego zmęczeniem tematem, czy może postu szczególnego, dotyczącego zapachów Lutensa właśnie - czy też po prostu trafiłam dziś na dwa dobre zapachy ze stajni. Dość powiedzieć, że Muscs wzbudziło moje zainteresowanie, poruszenie, i w końcu dużą sympatię i szacunek. Podoba mi się do tego stopnia, że jedyne moje jak do tej pory piżmo flagowe - Musc Ravageur - chwieje się zagrożone na swojej pozycji. Co nie znaczy, że dla mojego nosa Muscs Koublai Khan jest łatwym zawodnikiem. Początki wydają się trywialnie proste do zaakceptowania: wyraziste piżmo, układające się podobnie jak kompozycja F. Malle'a, niemal czuję podbijający je cynamon - ostre, nie udające niczego innego, krwiste. A przy tym zadziwiająco czyste, pozbawione domieszek i słodkości, i to je od Druzgoćca odróżnia. Krwista mydlana piana. Bezpiecznie i znajomo. Do czasu, gdy - dość prędko, po kilku-kilkunastu minutach - do głosu dochodzi cywet. Po brzegowych doświadczeniach ze stajnią Czech & Speake nie pomylę tej nuty z niczym innym. No i jest ona tu sobie. Rezyduje. Przebija. Czy musze pisać, czym pachnie? Ok, napiszę: wysublimowanymi odchodami. Nie ma bowiem mowy o charakterystycznym dla danego człowieka smrodzie, jedynym i niepowtarzalnym. Nie, to jest czysta idea gówna, obecna także w wielu perfumach z gniecioną, więdnącą nutą jaśminu. A zatem, jak to często bywa w dowcipach, chodzi o połączenie górnolotnego piękna z przaśnością ludzkich i zwierzęcych zachowań, które jakże często kręcą się koło dupy. To naprawdę bywa śmieszne, i nie ma się co obrażać o wulgarny język - kupy nie da się opisać ładnie, choćby się człowiek bardzo starał. Ok, dość głupich usprawiedliwień, jedziemy dalej. Nadmienię jeszcze, że opis dotyczy wersji eksportowej, zakładam, że zawartość prostopadłościennej flaszki nie różni się niczym od dzwonowej, ale bez testu bezpośredniego wolę nie ryzykować. Nuty: cywet, kastoreum, kmin, korzenie Saussurea lappa, labdanum, róża, szara ambra, nasiona hibiskusa, wosk pszczeli, wanilia, paczula.
środa, 30 grudnia 2009
Zacznę od tego najnowszego, czyli "Dziewczyny w szpilkach" - możliwości interpretacji tej nazwy są dość szerokie, nie ma jednak wątpliwości, że chodzi tu o igły z drzew. Jest to udany konglomerat aromatów dobrze znanych ze wcześniejszych kompozycji, nie tylko lutensowskich zresztą - temat drzew, żywic i kadzidła jest i pozostanie wiecznie żywy. Dominującą nutą jest żywica, na mój nos bardziej sosna niż świerk, przedstawiona jednak w nietypowy dla firmy, chłodny, trochę duchaufourowy sposób. Przypomina mi Sequoię, a także, uwaga, Zagorsk, tym zielonym, astralnym powiewem. Soczyste drewno, trochę dymu i mało typowo lutensowskiej słodkiej lepkości - to wszystko sprawia, że ze zdziwieniem zaliczam ten zapach do udanych, przynajmniej w pierwszym podejściu. Nie jest może szczególnie oryginalny, ale grzeszy dużą urodą, i nie przytłacza. A za sprawą szczypty kminu (tak mi się przynajmniej wydaje) i dosłownie garstki owoców - żyje, i ma w sobie iskrę ducha uwielbianej przeze mnie ostatnio Aziyade. Nuty: drzewne igły, wetiwer, laur, kadzidło frankońskie, suszone owoce, przyprawy.
wtorek, 22 grudnia 2009
Podobnie jak rok temu blog był na nartach. Tym razem wszystko działo się w takim pędzie, że nie zdążyłam się pożegnać. Myślę, że po świętach znów zacznę pisać regularnie. Tymczasem: czytelnikom życzę ciepła, miłości i spokoju w ten świąteczny czas!
wtorek, 01 grudnia 2009
Zacznę od nazwy, która według wielu osób jest pretensjonalna, a według niektórych wręcz przeciwnie - najmniej pretensjonalna jak się da. Nie zgadzam się z jednymi i z drugimi - nazwa jak nazwa, jakoś nie było takiego szumu wokół Scentów Costume National. Btw, aż dziwne, że nikt nikomu nie wytoczył procesu o kradzież własności intelektualnej. Na szczęście Issey Miyake to nie Bond no. 9. Teraz butelka. Przepiękna. Właśnie taki kolor ma czyste szkło. Tu dostajemy jego taflę - cieńszą, lub grubszą, w zależności od wybranej pojemności. Miło się na to patrzy, miło trzyma w ręce, tylko ten atomizer na górze mógłby być jakiś inny, nie pytajcie jaki. Na pewno nie widziałabym całości jako pełnego prostopadłościanu, byłoby to zbyt ostre, za mało naturalne jak na tak zielony zapach. Nie wiem, nie znam się na tym, tylko tyle, że odrobinę mi ten atomizer wadzi.
I w końcu zapach. Nie ma przełomu na miarę L'Eau d'Issey, ani pięknego, nieudanego eksperymentu, którym było Le Feu. Jest ciekawa próba zagrania na werbenie, w moim przypadku - na mojej skórze - raczej przegrana. Choć nic nie zapowiada takiego rozwoju wydarzeń. A Scent otwiera się zielonym akordem, szczypiącym jak niektóre szypry. Najbardziej przypomina mi chyba wyprane w nowoczesnym proszku Chanel 19. Nie czuję tu klasycznych faz rozwoju, nie ma też nagłych zwrotów akcji, A Scent płynie w jednym kierunku, popychany stałym powiewem. Z czasem coraz więcej jest w nim pierwiastka jaśminowego - i to chyba łamie tę zieloną moc, która tak mi się podoba na początku. Jaśmin bowiem lubi - podobnie jak inne kwiaty - więdnąć na mojej skórze. Tu niemal widzę coraz mniej białe a coraz mocniej przezroczyste, pogniecione płatki, rozsiewające woń wazonowej wody. Gdzieś w tle wibruje gorzka, soczysta werbena - samo to słowo jest rozedrgane, czujecie? - ale jest przygnieciona tym nieprzyjemnym, zmęczonym akordem kwiatowym, i nie udaje jej się wydobyć na powierzchnię, chyba że chuchnę na skórę - wtedy przez chwilę błyska, i zapada się znów. Może latem zabrzmi lepiej. Trudno ładnie grać w tak zgniłą pogodę jak dziś. Nuty: cytryna, galbanum, hiacynt, jaśmin, werbena, cedr, mech drzewny, piżmo Oba zapachy są bardzo, bezbłędnie męskie. I oba nie wywołują we mnie żadnych żywszych uczuć. Nuty: bergamotka, cytryna, petitgrain, paczula, cedr, goździki, tymianek, cynamon, czarny pieprz, ziele angielskie, mech dębowy, wetiwer, ambra Patchouli Homme z kolei niewiele ma wspólnego z paczulą, raczej czuję lawendę i sporo dziwnej mdławości. Raczej nie widziałabym w tym mojego faceta. Nuty: lawenda, róża, geranium, kadzidło frankońskie, sandałowiec, różanecznik, cynamon, skóra, ambra, wanilia Przepraszam, że takie szczątkowe recenzje, ale w ramach kończenia z tematem Nicolai wiszą nade mną od paru tygodni i w końcu chciałam je zepchnąć z siebie i zacząć się czymś przyjemniejszym, co nastąpi niebawem.
poniedziałek, 23 listopada 2009
Spodziewałam się czegoś, co chociaż przelotnie skojarzy mi się z tzw "eksponowaniem rowa", zjawiskiem, które mnie nie tylko śmieszy, ale i nieco rozczula - jako przykład nieudolności ludzi, ich nieporadności wobec materii, której muszą ulec niezależnie od tego, jak pancerne spodnie zakupią i jak mocno ścisną się paskiem. Właśnie taki widok kojarzy mi się ze zbitką "gruby elektryk" - ten pan ma na pewno więcej w pasie niż w biodrach, ze skutkiem w postaci zjeżdżających spodni. A że elektryk, to i nachylić się czasem musi, a i kucnąć jest potrzeba... et voila. Tymczasem Fat Electrician to zmyślne i szykowne połącznie pysznego, jaśniejącego Straight to Heaven z szorstkością i dystynkcją chanelowskiego Sycomore. Słony, dymny wetiwer, słodkie ziarna wanilii, złoto rumu, przechodzące w stonowaną zieleń jakiejś piekielnej, trującej nalewki, którą ktoś zagęścił smołą - to wszystko tu jest! Genialnie skontrastowane narowiste nuty wetiwerowe z płożącymi się, łagodnymi akordami słodyczy, ciepła i półmroku. Żadnych smarów, żadnych kopnięć i żadnych obleśnych facetów porośniętych kłakami gdzie bądź - zamiast tego elegancja i jednak też dekadencja. Bo maistreamowym bym Fat Electrician nie nazwała. Daleko mu oczywiście do hardkoru Secretions Magnifique, ale mimo słodkich, lejących się nut nie sądzę, by spodobał się sephorowej klienteli. Wetiwer, zwłaszcza w perfumach kobiecych, ciągle czeka na docenienie, czego smutnym przykładem, poprzedzonym szumnymi zapowiedziami, jest Lalique Encre Noire pour Elle, które koło wetiweru może leżało - ale za grubym szkłem. Fat Electician jest cały skąpany w tym zielsku, więc jeśli ktoś nie trawi tej zimnozielonej, drapiącej nuty, może sobie ten zapach odpuścić. Pozostałym polecam, zwłaszcza, że stosunek jakości do ceny jest w tym przypadku niezwykle wysoki. Dla mnie muszmieć! Nuty: wetiwer, liście oliwki, wanilia, opoponaks, mirra.
piątek, 20 listopada 2009
Back to Black nosi pod-nazwę "Afrodyzjak", i doprawdy trzeba mieć mnóstwo tupetu, by tak podpisać ten bezpretensjonalny w gruncie rzeczy ulep. Back to Black jest mocno słodkim, suchym zapachem, pławiącym się w migdałowych płatkach, sztucznym miodzie, pudrze i porannych mdłościach. Tak, porannych mdłościach. Nie wiem, jak coś takiego ma działać na tak zwaną płeć przeciwną, skoro nawet na mnie samą działa nieszczególnie. No i to zmarnowanie nazwy głównej: nie ma tu nic z mroku, nic z nostalgii, ani nawet nic z nieprzytomnej, zaćpanej Amy Winehouse, dziewczyny o cudownym, zamszowym głosie. Tylko słodkie, lekko labdanowe i oślepiająco białe migdały, porośnięte jasnymi kryształami scukrzonego miodu. Kiedy chucham na skórę do głosu dochodza maliny, i zapach staje się wtedy dużo przyjemniejszy i ciekawszy, czyli być może jest to kwestia skóry... ale nie do końca chce mi się w to wierzyć, bo na materiale jest niestety podobnie nieciekawie. Nie chcę odsądzać Back to Black od czci i wiary - nosi się go całkiem przyjemnie, mimo swojej ogromnej słodyczy perfumy nie męczą, nie zostawiają też za sobą zabójczego ogona - są raczej dyskretne. Spodziewałam się jednak czegoś więcej, niż takiej liniowej i w gruncie rzeczy nudnej kompozycji. W Back to Black praktycznie nic się nie dzieje, jeśli są jakieś ruchy - a chyba są, bo jednak pod koniec odrobinę tytoniu można wyczuć, a i migdały nie są już tak prominentne - to przypominają one niezauważalne przesuwanie się lodowca - że coś się zmieniło zauważyć można dopiero po wielu godzinach noszenia. A właśnie, trwałość: tu nie można narzekać, ponad 12 godzin i skóra wcale nie ma zamiaru przesać pachnieć. To jednak za mało jak na perfumy o tej nazwie i na tej półce cenowej. Czytam skład i nie chce mi się wierzyć, że taka jest zawartość firmowej próbki. Nuty: bergamotka, malina, rumianek, kardamon, kolendra, szafran, cedr, wanilia, migdały, wetiwer, labdanum, paczula, mech dębowy. | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||