środa, 22 maja 2013

Marc ChayaZ okazji premiery zapachu Aqua Vitae do Perfumerii Quality Missala przybył Marc Chaya, dyrektor generalny i współtwórca marki Maison Francis Kurkdjian. Mniej znany fanom perfum niż niezwykle utalentowany pan Kurkdjian, a przecież równie jak on ważny - jest motorem biznesowym całego przedsięwzięcia, specjalistą od strategii. Krew w ten układ tłoczy perfumiarz, a CEO czuwa nad tym, żeby płynęła tam, gdzie jest potrzebna, w odpowiednim tempie i czasie.

Spotkanie z Markiem Chayą odbywam w gościnnych progach perfumerii Quality w hotelu Marriot w Warszawie, w sympatycznej, niemal domowej atmosferze, przy herbacie i pysznym cieście drożdżowym wypieku pani Stanisławy Missali.

Zacznijmy od początku: jak to się wszystko zaczęło? Jak poznałeś Francisa?

Spotkaliśmy się 10 lat temu na kolacji wydawanej po pokazie Haute Couture Jean Paula Gaultiera. Rozmawialiśmy o tym, czym się zajmujemy w życiu. Okazało się, że Francis stworzył Le Male, które dostałem od mojej mamy na dwudzieste urodziny. Potem wyszło na jaw, że zrobił także Armani Manię, którą nosiłem później. A także Green Tea, zapach, z którego linii kąpielowej codziennie korzystam. "Jak to możliwe, że nie znam Twojego nazwiska"? - spytałem go, i tak to się zaczęło... Przypadliśmy sobie do gustu, dużo razem podróżowaliśmy, zacząłem się coraz bardziej interesować przemysłem perfumeryjnym, ale też niepokoiła mnie ta sytuacja, że Francis jest ciągle w cieniu, nikt o nim nie wie! To trochę tak, jakbym poszedł na wystawę malarstwa Francisa Bacona, a tam by mi powiedziano, że jest ona sponsorowana przez L'Oreal i Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Paryżu, ale nikt by nie mówił, kim jest Francis Bacon. Zaczęliśmy myśleć nad własną strategią i w roku 2009 zdecydowaliśmy się powołać do życia własną markę. Markę celebrującą osobę perfumiarza! Codziennie rano miliony ludzi używają zapachów, które on stworzył, więc jego nazwisko ma prawo i powinno być znane.

Aqua Vitae MFKBardzo ciekawi mnie Aqua Vitae, wasze nowe perfumy...

Pozwolisz, że najpierw przypomnę Ci ich w pewnym sensie poprzednika, Aqua Universalis. To był zapach inspirowany relacją między nami, ludźmi, a powietrzem, które nas otacza: świeży, jasny, ożywczy. To nasza najlepiej sprzedająca się kompozycja. Aqua Vitae jest kolejną odsłoną relacji: tym razem między człowiekiem a człowiekiem, między dwoma żyjącymi istotami, między skórą a skórą. Spójrz na nuty: są radosne cytrusy, świeżość (cytryna i bergamotka), złociste i ciepłe żywice, wanilia, bób tonka (wąchamy). Jest i światło w postaci Hedionu (wąchamy i mało wyczuwamy). Cały zapach jest przepełniony blaskiem, który powoli osiada na skórze, robi się coraz bardziej zmysłowy i ciepły. Współbrzmienie świeżości i ciepła, yang i yin.

Jak wygląda proces twórczy, kto nim kieruje?

W Maison Francis Kurkdjian możemy sobie pozwolić na luksus swobody twórczej: Francis sam jest sobie żeglarzem, sterem i okrętem, nikt mu nic nie nakazuje, nikt go nie pogania, nikt nie zadaje mu prac do wykonania. Nie jest też ograniczony drakońskim budżetem typu 35$ na kilo ekstraktu. Może polegać na sobie i własnej wrażliwości, pracować we własnym rytmie. Nie znaczy to oczywiście, że nie można mu służyć inspiracją. Bardzo długo prosiłem go o kompozycję oudową, a on się wzbraniał, bo nie chciał robić kolejnych, typowo oudowych perfum. W końcu, po trzech latach, znalazł na nią sposób; stworzył zapach, gdzie drewno agarowe jest jednym z wielu składników, jest jakby ubrane w inne elementy; perfumy w duchu francuskie, a nie - co często implikuje obecność oud w składzie - arabskie w odbiorze.

Ostatecznie nie jest to wasz jedyny oud.

Rzeczywiście, można powiedzieć, że Francis się przełamał, i stworzył 3 kolejne kompozycje, tym razem już w typowym dla oud stylu: żywiczny Cashmere Mood, który dziś właśnie noszę, Silk Mood, w typowym dla orientalnych zapachów męskich połączeniu z różą, oraz bardziej przyprawowy Velvet Mood.

FK & MCJaka jest Twoja rola w firmie?

Nasza praca to nie tylko twórczość i sztuka, to również biznes, który ma się dobrze kręcić. Ja zajmuję się właśnie tą stroną przedsięwzięcia - planuję harmonogram, pilnuję terminów, doglądam sieci naszych butików, otwieram nowe, obserwuję rynki, szukam możliwości. Trzymam rękę na pulsie marki, dzięki czemu Francis może zająć się tym, co umie robić najlepiej - tworzeniem doskonałych zapachów. Wielu ludzi mówi: o, perfumiarz to zwykły chemik. Naszymi kompozycjami udowadniamy, że wcale tak nie jest. To tak jakby powiedzieć, że Chopin czy Mozart byli tylko pianistami. Nie, tu trzeba czegoś więcej, i to właśnie ta magia, umiejętność komponowania, stanowi o różnicy między chemią a perfumiarstwem. Choć oczywiście chemia też jest ważna. Siedzimy w Marriocie - czy można go było wybudować z drewna? Oczywiście, że nie. Przekładając to na język perfum - tylko 7 kwiatów daje nadające się do użytku ekstrakty. Z resztą radzimy sobie dzięki technice.

Skąd pomysł na Aqua Universalis Forte?

Aqua Universalis wielu klientom podobała się tak bardzo, że prosili o coś, co będzie jej trwalszą wersją. Wyszliśmy im na przeciw: Forte ma lekko zmienione proporcje, ale w taki sposób, by wzmocnić jej trwałość, bez wpływania na jej ogólny wydźwięk. Z tej linii mamy też produkty do prania, tak, by klient mógł cieszyć się zapachem jeszcze dłużej.

A jak to jest z płcią perfum? Uważasz, że podział na perfumy damskie i męskie ma sens?

Oczywiście, kobiety mogą nosić perfumy męskie, i vice versa, nie jest to jednak sytuacja symetryczna. To trochę tak jak z ubraniami: wy, kobiety, możecie śmiało założyć męską koszulę, i nadal w niej świetnie wyglądać, natomiast mężczyzna w damskim ubraniu rzadko kiedy zaprezentuje się dobrze. Podobnie z perfumami: te męskie oferują nieco szersze pole do interpretacji, oczywiście są mężczyźni, na których typowo damski zapach będzie jaśniał, ale to wyjątki. W MFK tworzymy zapachy dobrze leżące na wszystkich - choć na każdym nieco inaczej.

Jakie są wasze plany na przyszłość?

Zamierzamy się spokojnie rozwijać. W najbliższym czasie nie planujemy żadnych większych debiutów: chcemy nadal rozwijać sprzedaż dotychczas powstałych wód, i skupić się na promocji Aqua Vitae.

Pytam, bo wiele firm niepostrzeżenie wpada w galop, i zaczyna wydawać nieprzebraną liczbę nowości, bez umiaru i bez pomysłu, to niepokojący trend. Mam nadzieję, że nie wybieracie się tą drogą?

Absolutnie nie! Ale masz rację, już w tej chwili ilość debiutów na rynku niszowym przekroczyła tę z rynku selektywnego, czy to jeszcze jest nisza? No i kto to jest perfumiarz, teraz - mam wrażenie - każdy może się tak nazwać, tymczasem to, co wiele z tych osób proponuje, to nie jest perfumiarstwo, właściwie nie wiadomo jak to nazwać. Nam to na szczęście nie grozi. Francis jest świetnie wyedukowanym, uznanym nosem, Zależy nam na wyjątkowej jakości naszych zapachów, nie idziemy tu na kompromisy, na pewno nie zamierzamy wpaść w zbyt szybki cykl wydawania nowości.

Miło mi to słyszeć. Marc, bardzo dziękuję za rozmowę, powodzenia!

 

Bardzo dziękuję Perfumerii Quality Missala za możliwość przeprowadzenia wywiadu.

piątek, 17 maja 2013

MFKDzięki uprzejmości perfumerii Quality miałam dziś przyjemność poznać nowy zapach ze stajni MFK - Aqua Vitae, czyli woda życia. A zaprezentował go nie kto inny niż Marc Chaya, dyrektor generalny i współtwórca marki Maison Francis Kurkdjian. Zanim poznałam całą kompozycję, miałam okazję powąchać główne składniki: frakcjonowane olejki eteryczne z kalabryjskiej cytryny i sycylijskiej bergamotki, świetne, bardzo delikatne, a także esencje z wanilii, bobu tonka, drewna gwajakowego, jak również wyrazisty składnik syntetyczny zapachu - hedion, nośnik światła. Całość jest jasna, radosna, początkowo cytrusowa, potem coraz cieplejsza, zmysłowa.

Obszerniejsza recenzja, jak również rozmowa z Markiem Chayą - na dniach.

poniedziałek, 13 maja 2013

amouage opus VIITen moment musiał kiedyś nastąpić. Otóż nie mam nic ciekawego do powiedzenia w sprawie Beloved, zarówno wersji męskiej jak i damskiej. Nie są to jakieś złe zapachy, bynajmniej. Wydaje mi się, że oba hołdują stylowi retro, robią to celowo i udatnie. Ale po raz pierwszy od wielu lat nie jestem zachwycona nowym duetem Amouage. A skoro pozostaję wobec niego obojętna, szkoda czasu na pisanie o nim.

Nieco lepiej ma się sprawa w przypadku Opus VII, ale tylko nieco. Kiedyś już zauważyłam, że utrzymywanie tego samego, wysokiego poziomu jakości i innowacyjności w seriach perfumowych jest czymś niesłychanie trudnym. To tak, jakby od muzyka oczekiwać, że jego siódma płyta będzie tak samo odkrywcza jak wszystkie poprzednie. To i tak cud, że udało się 6 razy. 6 fascynujących wycieczek w poszukiwaniu własnego, niepowtarzalnego stylu, który przy siódmej okazji okazał się już nieco za mało pojemny.

Jest bowiem Opus VII dziełem już coś przypominającym. Pierwsza myśl: bezpośredni poprzednik, Opus VI. Schłodzony, pokryty solidną kołdrą ziół, grubą jak kożuch, pięknie świdrującą w nosie i czole. Gniecione rośliny wydzielają intensywnie pachnący, gorzki sok, który leci na szybko wznoszących się oparach pieprzu i kardamonu. Normalnie ulatuje toto w parę sekund, tutaj ten proces jest czarodziejsko przedłużony. A pod spodem - znajoma już baza. Ambrowo-drzewna głębia, spoczywająca pod chłodnym blokiem, przypominającym mi również męski Honour. Bez kontekstu oceniłabym ten zapach wyżej. Pamiętając wszystkie poprzednie mogę powiedzieć; tylko tyle.

Nuty: galbanum, różowy pieprz, kardamon, gałka muszkatołowa, kozieradka; oud, paczula, ambrox, skóra, ambra, kostowiec (korzeń), muskon, sandałowiec, kadzidło olibanowe, cypriol;
Rok powstania: 2013;
Zamieszali: Alberto Morillas, Pierre Negrin.

poniedziałek, 06 maja 2013

DD MMPewne zapachy mają szczególny, zwierzęcy urok, taki na granicy z czymś już zbyt fizjologicznym, lekko obrzydliwym. Denis Durand tej granicy nie przekracza, mimo że tchnie wonią ciepłej sierści, siana, melodią wsi i obory. Pokryte gładkim włosiem, elastyczne skóry, zbyt rzeczywiste, by mogły być wyprawiane, wciąż znajdujące się na żywiźnie - a jednak eleganckie, zwłaszcza gdy w sercu kompozycji podbija je cierpka, szyprowa róża. Zapach jest interesująco ufakturowany, to nie jest nieprzenikniona gładź, raczej kilim z nieregularnych włókien, w którym co jakiś czas jedno, zgrubiałe, zarysowuje się mocniej, czyni wypukłość, podczas gdy inne zanika, by kilka oddechów dalej wynurzyć się z ciepłej gęstwiny. Tak plotą się główni bohaterowie tej układanki: krowia mleczność, zamszowy podszerstek, rozpychający się kwiat kolczasty. Nosi się to dobrze, szykownie i zmysłowo, na szczęście nie za długo - w tym przypadku megatrwałość byłaby męcząca. 8 godzin w zupełności wystarczy.

Nuty: mandarynka, cynamon, oud, bułgarska róża, kwiat pomarańczy, miód, sandałowiec, nuty zwierzęce, paczula, ambra, białe piżmo;
Rok powstania: 2013:
Zamieszał: Geoffrey Nejman.

Przy okazji: kajam się za rzadkie uzupełnianie bloga ostatnio. Taki ciężki czas, mam nadzieję, że właśnie na ukończeniu, i będzie mnie tu więcej. Tyle mam do napisania!

sobota, 13 kwietnia 2013

O Pozzo di Borgo pisałam już bezpośrednio z Mediolanu. Urzekły mnie świece Quintessence Paris, ich złożona, naturalna woń, i wyjątkowe bogactwo oferty, więc spytałam, kiedy zaczną robić zapachy do ciała. Okazało się, że już, właśnie teraz, debiutują dwa stoiska obok.

A historia jest taka, że Valentine Pozzo di Borgo wychowała się w tak zwanej rodzinie z tradycjami, otoczona opowieściami, przez które przetaczał się barwny korowód jej przodków. To właśnie oni są bohaterami olfaktorycznych opowieści Pozzo di Borgo. Drzewo genealogiczne z perfum, tego jeszcze nie było.

23 janvierBohaterką 23 Janvier 1984 jest sama Walentyna, która zresztą osobiście promowała swoją linię - inteligentna, nieco chłodna w kontakcie dziewczyna o delikatnej urodzie. Zapach miał przypominać ją samą, i w dużej części tak jest - znajduję w nim i chłód i delikatność. Za pierwsze odpowiedzialna jest figa w otoczeniu nut zielonych i cytrusów, szczególnie wyrazistych oczywiście w głowie. Cierpkie petitgrain, gorzka, zmięta trawa, świeży kardamon w jeszcze nie wyschniętych strączkach. Wrażenie podobne do tego z Jardin en Mediterranee, ale bez charakterystycznej gęstości, która na perfumy Elleny każe mi mówić "lody śmietankowe". I zdecydowanie więcej tych typowo trawiastych nut, niemal ziemistych. Temat ładnie zahacza o serce kompozycji, gdzie pojawia się irys jako upiększający puder na krągłym obliczu figowym. Figa, moja letnia miłość, kolejny rok będzie noszona z upodobaniem, tym razem w wersji bez mlecznego soku, tu go bowiem nie ma. Serce wtapia się niezauważenie w bladozieloną bazę z wetiweru i piżma. Taki szyfonowy szal, a może raczej pareo, na dni upalne.

Nuty: esencja z kardamonu, włoski olejek z bergamotki, włoski olejek cytrynowy, olejek petitgrain z Paragwaju; figa, irys, olejek kolendrowy; benzoes syjamski, wetiwer, piżmo;
Rok powstania: 2013;
Zamieszała: Violaine Collas

8 mars8 Mars 1764 to rzecz bardziej męska, stereotypizując oczywiście. Kompozycja inspirowana jest pra-pra-pra wujkiem Walentyny, Carlem Andreą, korsykańskim politykiem, który przez dużą część życia tułał się po Europie (był przeciwnikiem Napoleona), by w końcu stać się ambasadorem Rosji w Paryżu. Ciekawa postać. Wyobrażam sobie, że nienawiść do Napoleona może być rzeczywistym kołem zamachowym tego zapachu, taki jest gwałtowny, chropawy, niespokojny.
Otwarcie jest wyraźnie pieprzne i cytrusowe, tą gwałtowną siłą, jaką daje na przykład cytryna - daleka od łagodności i złożoności bergamotki, czy wesołej pomarańczy. Główną rolę gra tu cytron (zwany też cedratem) - przodek cytryny, o grubszej skórze i bardziej mięsistym miąższu. Można rzec: taki cytrynowy mężczyzna. Występ trwa krótko, szybko jest stłumiony zapachem koniaku, drewnianych beczek reagujących z alkoholem, i słodkiej kawy. Bardzo przypomina mi Yohji Homme, które podobno w tym roku ma się doczekać reedycji - ciekawa jestem, na ile dobrze pamiętam starego Yamamoto (i na ile wierna oryginałowi będzie nowa wersja). Skóra jest tu raczej zasugerowana przez dobór towarzystwa, a nie realna - a w każdym razie nie jest to skóra fiołkowa, pudrowa, irysowa. Całość kojarzy się raczej z wnętrzem dobrze wietrzonego klubu dla gentlemanów, niż z obiciami luksusowych mebli.
Początkowo 8 Mars 1764 bardzo mi się podobał, z czasem wrażenie trochę blaknie - jest za monotonny i za płaski, może też za słodki jak na mój gust. Nie słodzę bowiem kawy.

Mam zastrzeżenia co do emanacji obu Pozzo di Borgo: początkowo ładnie promieniują, ale szybko gdzieś się zapadają. Po 6 godzinach na skórze pozostaje tylko wspomnienie, bardzo delikatne, blisko ciała. Trwałość co najwyżej średnia, aury i ogony dobre tylko przez 2 godziny.
Niemniej: miło było poznać.

Nuty: cytron, labdanum, esencja koniaku, esencja kawy, skóra;
Rok powstania: 2013;
Zamieszał: Philippe Bousseton.

niedziela, 07 kwietnia 2013

Zapraszam na kolejny warsztat, zupełnie inny niż dotychczasowe!

warsztat samochodowy

W kameralnej, małej, pracowni zimowej... o nie, nie!!!! Myślę, że już w Stodolnianej atmosferze, przy cieple słonka, szumie wiosennych listków i świergocie ptaków poświęcimy swój czas dla formy i zapachu. Wszystko kręcić się będzie wokół zapachu w naszym samochodzie. W trakcie części ceramicznej stworzycie swoje autorskie, samochodowe gadżety do nasączania olejkami zapachowymi. W trakcie warsztatów perfumiarskich odkryjecie tajniki powstawania tychże olejków zapachowych i stworzycie swoje własne zapachy....czyż to nie genialne? :) przypomnijcie sobie zapach popularnych "choineczek" ;) a potem o nim zapomnijcie :)
Gdzie?
Stodoła Inspiracji

Kiedy?
28.04.2013, 11.00-16.00
Uczestnicy:
skierowane do osób dorosłych i dzieci
Koszt:
200zł /osoby (1 dzień, 5h warsztatów)
W cenie zawierają się wszelkie potrzebne materiały,wypał prac. W trakcie zapraszamy na kawę i pyszne domowe ciasto.

REZERWACJA:
w związku z ograniczoną liczbą uczestników mogących brać udział w warsztatach prosimy o dokonanie rezerwacji NIE PÓŹNIEJ NIŻ NA 4 DNI PRZED WARSZTATEM!!!!!!!. W tym celu należy poinformować o tym via mail na adres: info@stodola-inspiracji.pl oraz wpłacić 100%kwoty na konto:

Stodoła Inspiracji, Weronika Wróbel-Maciejewska
KREDYT BANK O. w Starogardzie Gdańskim al. Niepodległości 4
42 1500 2237 1222 3000 5197 0000
z dopiskiem "ZAPACH za kierownicą" + DATA WARSZTATU
REZERWACJA OBOWIĄZKOWA
Prowadzący:
część ceramiczna: Weronika Wróbel-Maciejewska
część perfumiarska: Aleksandra Krotowska-Cacha
www.facebook.com/Olfactura

Jeżeli macie pytania prosimy o kontakt: 503-102-124


czwartek, 04 kwietnia 2013

JeM logo

Na początku, przerywając milczenie, długie już, bo ponadtygodniowe, powiem Wam tak: chciałabym być pełnoetatową redaktorką. Pisać dużo i często, na mój ulubiony temat, pławić się w morzu informacji, wyławiać z niego najlepiej pachnące małże, taki odpowiednik perełek. Rzeczywistość moja jednak wygląda zupełnie inaczej, mam w niej co najmniej dwa inne, ważniejsze niż pisanie zajęcia, rodzinę, przyjaciół, śluby, zespół muzyczny. Nie piszę tyle, ile bym chciała, nie piszę nawet 10 procent tego, co planowałam, kiedy cały dzień tak wspaniale należał do mnie, a było to całkiem niedawno, w Mediolanie.

O Jul et Mad, najprzyjemniejszym doświadczeniu z Esxence, chciałam napisać od razu po przyjeździe, jako o pierwszej firmie. Każdemu zapachowi miałam poświęcić jedną recenzję. Tymczasem ta pierwsza czeka już 9 dni, co będzie z następnymi? Trzeba pójść na kompromis, bo lepiej napisać mało, ale napisać, niż nie napisać, i co z tego, że dużo.

rangeDlaczego Jul et Mad? Z powodów osobistych, choć oczywiście nie tylko. Same perfumy - bo w ofercie znajdują się wyłącznie czyste perfumy, bez kompromisów, jak głosi podtytuł marki - już zostały zauważone, Terrasse à St-Germain znalazło się w gronie tegorocznych finalistów Indie Fifi Awards, i zupełnie niezasłużenie przegrało z kiepskim Amber Oud by Kilian. Jednak umówmy się, znakomitych perfum jest w ofercie niszowej mnóstwo, czego bardzo intensywnie doświadczyłam na targach. W takich warunkach czynnikiem decydującym jest osobowość, i tu Madalina, współzałożycielka Jul et Mad, była bezkonkurencyjna. Rzeczywiste zainteresowanie drugą osobą, poświęcenie całego czasu, uwagi i energii na rozmowę, szczerość, urok, i, choć może to zabrzmi górnolotnie, mądrość tej kobiety wygrały moje serce.

Trójca zapachów Jul et Mad jest opowieścią o miłości, opartą na historii, która wydarzyła się naprawdę Państwu założycielom. Za całym projektem stoi energia ich miłości. To się czuje, to jest dobre.

SoL

A zatem chronologicznie. Najpierw pojawia się ona, w szpilkach, na legendarnej Lexington Avenue. Zastanawiam się, jak ciepłą aurę musiała roztaczać osoba, która była inspiracją dla tej kompozycji, że była ona w stanie całkowicie złagodzić ostrość obcasów i natarczywy dźwięk, jaki wydawały na bruku. A może to już miękka wata zakochania, która błyskawicznie spowija głowę, gdy tylko zdarza się coup de foudre? Tak, to musiał być ten rodzaj pierwotnego ogłuszenia, kiedy wszystko rozpływa się blasku i echach.

Otwarcie jest jasne, soczyste, nietypowe jak na owoce. Cytryna zazwyczaj ma tendencję do przebijania się na pierwszy plan, tu jest chyba frakcjonowana, ograniczona do koloru. Dominuje delikatna dawana, łagodny melanż nektaru z ciężką kroplą gruszki, faktura aksamitu. Żadnych tryskających soków, aromatycznych skórek, orzeźwień. Zapach sunie po skórze gładko jak Lamborghini, bezszelestnie, z mlaskiem, to jazda ciepłym, mechanicznym lwem.
W głowę włączają się nuty pudrowe, Stilettos On Lex nieco poważnieje, zatrzymuje się, wpada w chwilową zadumę. Dokąd pójdziemy dalej? Decyzja jest szybka. Z pudrowego wzgórza tryska lepki, roślinny sok, całkiem tu niespodziewany. Płynie regulowanym korytem, myślał nad tym jakiś holenderski inżynier. Kto by przypuszczał, że róża może być tak nektarowa i niewinna zarazem?

Nad pastelowym krajobrazem rozwijają się muślinowe chmury koloru kawy z mlekiem, rzucają cień lekkiej goryczy, pojawia się akcent skórzany. Całość przywołuje mi na myśl wysmakowane wnętrze domu, w którym wszędzie leżą grube, puszyste, całkowicie czyste dywany, krzesła są obite miękkim, lekko połyskującym materiałem, tapety na ścianach aż chce się głaskać. Jest kremowo, beżowo, miękko, i bardzo elegancko. A przede wszystkim miejsce wydaje się starannie wygłuszone. Może to takie studio nagrań połączone z sypialnią? Mam lekkie skojarzenia z Bottega Veneta, ale jeszcze silniejsze z Jaipur Bracelet, w którym czuję się nieodwołalnie zadbana. To bardzo, ale to bardzo kobiecy zapach. Intymny.

Nuty: cytryna, gruszka, dawana, likier śliwkowy; konwalia, liście fiołka, absolut różany, heliotrop, irys, goździk; piżmo, wanilia z Madagaskaru, paczula z Indonezji, cedr z Atlasu;
Rok powstania: 2012;

terasse a ST GTerrasse à St-Germain to zupełnie inna historia, najbardziej męska z trójki, choć do typowych zapachów dla samców alfa jest mu daleko, jak z Arktyki na równik. Tu mamy do czynienia z mężczyzną dojrzałym - co wcale nie musi oznaczać zaawansowanego wieku, choć w naszych czasach niestety coraz częściej oznacza. Inaczej: to nie jest zapach dla chłopca, Piotrusia Pana, człowieka ciągle szukającego w innych swojej wartości. Ten pan już wie, co dobre, i ma to. Zrównoważony, lecz niejednoznaczny, niemożliwy do objęcia i prześwietlenia jednym spojrzeniem, choćby pochodziło z oczu cybernetycznych. Ze Stilettos on Lex wiąże go róża, równie nektarowa i soczysta, jak w "ukobiecaczu", przedstawiona jednak inaczej: mocniej wyeksponowana, bez makijażu, nieco władcza. Wszystkie kwiaty odcinają się tu wyraźniej od tła, są bardziej z nim skontrastowane, kolory odchodzą od pastelowych, nabierają intensywności, nigdy jednak nie dochodząc do jaskrawości. Ciemna marynarka, granatowa koszula, i nagle mały, pomarańczowy akcent. Tylko tyle i aż tyle. A pod warstwą materiału ciepła skóra kogoś, kto ma dużo siły, energii i dobrych chęci. Dobrze jest z kimś takim spać, gdy na dworze zimno, i wciąż pada śnieg.

Tak to chyba jest z takimi mężczyznami, że czasem trudno ich docenić od pierwszego wejrzenia, natomiast im dłużej się z nimi przebywa, tym lepsze wrażenie robią. Terrasse à St-Germain początkowo wydawał mi się zapachem trudnym i najmniej wdzięcznym z serii, teraz stopniowo odkrywam coraz głębsze pokłady jego bogactwa. I co ciekawe - jest to w jakiś sposób męskie odbicie Stilettos.

Nuty: grejpfrut, tangerynka, rabarbar; frezja, lotos, błękitna róża; piżmo, sandałowiec, indonezyjska paczula;
Rok powstania: 2012;

Mamy więc już dwie, czarujące osobowości, pora je ze sobą zetknąć.

amour de pTo również wydarzyło się naprawdę. Para w końcu spotyka się w Wenecji.
Powstaje zupełnie nowa jakość: miłość. Nic pomiędzy, nic potomnego - to zupełnie nowy byt, obok, nad, skądinąd.
Amour de Palazzo zauroczył mnie początkowo najbardziej. Normalnie, lubię typa: zmysłowy, ciężki, mroczny, bogaty. Oriental jak się patrzy. I jaki oryginał. Żadnych umizgów i słodyczy, sam konkret. Chodź, pokażę ci angaże, i tłuste apanaże.
No i co tu ukrywać, podoba mi się nadal, choć pozostała dwójka przez czas, który minął od naszego spotkania - to już dwa tygodnie! - zdążyła go dogonić. Świetnie, same profity, zamiast jednego - 3 doskonałe ubrania.

Jest chyba najbardziej klasyczną propozycją, mimo wszystko. Dużo tu skóry i fiołka, dających razem efekt trójwymiarowej czerni, dziury bez dna. Początek znaczą cztery przyprawy, z czego najzamaszyściej drga gałka muszkatołowa, imbir jest tu wręcz ponury, skrzętnie ukrywa jakiekolwiek powinowactwo z cytrusami czy słońcem. Nie ma tu nic z nieba i wody Wenecji, a dużo z jej bogatych, ornamentacyjnych wnętrz, i z handlu ze Wschodem, tym bliskim i dalekim, z jego tajemniczością, a czasem okrucieństwem. Paczula, oud, labdanum - wszystko jest tu ciemne i ponure, nieufne i strojne, bizantyjskie. Wkładasz rękę w otwór, i nie wiesz, czy ją wyciągniesz, więcej: w ogóle nie wiesz, co wyciągniesz. Może będzie to odcięta głowa Meduzy, może miłość uratuje nas wszystkich.

Nuty: pieprz, goździki, imbir, gałka muszkatołowa; absolut fiołka, cedr z Atlasu, skóra, indonezyjska paczula, labdanum; piżmo, oud, ambra, papirus, zwierzęce kastoreum;
Rok powstania: 2012;
Zamieszała (wszystkie trzy): Dorothée Piot z Robertet.

Tak łatwo dziś czytać tę historię, znając jej ciąg dalszy. Ale wiecie, jak było naprawdę: pewien listek przefrunął z ramienia na ramię.

Jul et Mad, wszystkiego najlepszego.

poniedziałek, 01 kwietnia 2013
wtorek, 26 marca 2013

W niedzielę na Esxence tłumy były największe, a niektóre stanowiska już na poły opuszczone, pierwsze oznaki zawijania się dało się zaobserwować już koło 13. Co oczywiście nie przeszkodziło mi w powąchaniu jeszcze kilku kompozycji (na przykład Friendly Fur - i tej już istniejącej, A rebours, i tej nowej, The Green Carnation, pachnącej słono, ziemiście, wetiwerowo i bardzo atrakcyjnie! w dodatku występuje w butelce z zakraplaczem, co uwielbiam, sama tak aplikuję sobie własne mieszanki, i to naprawdę jest zupełnie inne doznanie, niż dziabanie z próbki czy psik z atomizera - po kropli, po kropli :)), a także odbyciu kilku interesujących rozmów, w sumie chyba najważniejszych. Poszłam też do standu Osmotheque i przewąchałam jeszcze kilkanaście interesujących esencji. Można powiedzieć, że na koniec poczułam się jak u siebie, i było mi trochę żal, nie tyle samych zapachów - bo tych już naprawdę miałam dosłownie po dziurki w nosie - ale ludzi i wymiany informacji z nimi.

tłumy

O 14 ogłoszono wyniki konkursu dla młodych perfumiarzy: z finałowej piątki publiczność wybrała Etoilegance autorstwa Alexandra Lee, iskrzącą kompozycję z lekkim orientalnym tłem, krytycy - Magnolia Esxentialis, ukręconą przez Cristiana Canali niezwykle ciekawą, zieloną magnolię o lnianej fakturze - to był również mój typ - a nosy - Stellę Sary Grivot, w mojej opinii najsłabszy zapach konkursu. I tak to się mniej więcej skończyło.

Cristiano Cavali

Podsumowując: 4 dni, kilkadziesiąt kontaktów, ponad 130 marek, kilkaset zapachów, 840 zdjęć. I to co najważniejsze: ludzie, którzy rzeczywiście istnieją, stare legendy i wschodzące gwiazdy, zwyczajni i ekscentryczni, weseli i smutni, ładni i brzydcy, ludzie tacy jak ja i ty.

wystrój

Może zobaczymy się znów na Pitti Fragrance za kilka miesięcy.

***

A na lotnisku udało mi się powąchać dzień przed premierą Nerolia Bianca Guerlain. Niestety, to nie jest to, co tygrys lubi najbardziej. Bardzo oranżadkowa i mineralna pomarańcza, kwiatów tu mało, jaka szkoda. Recenzji nie będzie.

"Działo się to tak niedawno, a zda się, że wiek"

Nieco ponad doba minęła od zakończenia piątej edycji Esxence, a ja mam wrażenie, że to wszystko miało miejsce dawno, dawno temu, w odległej galaktyce. Samoloty pozwalają przemieszczać się gwałtownie między bardzo różnymi światami. Ja wczoraj spadłam z nieba prosto na zaśnieżoną, spieszącą się gdzieś, prozaiczną północ. Relacja z czwartego dnia targów perfumowych jest trochę jak czytanie starego już pamiętnika. Spróbuję choć na chwilę wrócić do deszczowego, bogatego Mediolanu.

Dzień zaczynam niespiesznie, udając się bez większego przekonania na odbywającą się równolegle do Esxence wystawę "Unscent", z której organizatorami od kilku dni usiłuję się skontaktować, bezskutecznie. Za parę godzin będę już wiedziała, że to taki standard, niefrasobliwy i zupełnie niegroźny, ale póki co idę nastawiono bojowo: jak to, tak nie odpowiadać blogerce? Z POLSKI? Hehehe.

Pada gęsty deszcz, podczas kilkunastominutowego spaceru przemakam solidnie (uparcie nie chcąc kupić parasola od ulicznych sprzedawców, którzy wyrośli, jako te przysłowiowe grzyby).

Docieram na miejsce - to taki ładny budynek z atrium, zwie się Palazzo Morando.

unscent

W środku ciepły półmrok. Pani w recepcji w trybie rzeczywistym odnajduje mnie na magicznej liście - okazuje się, że oczywiście cały czas tam byłam, tylko nikt mnie nie poinformował, bo przecież po co. Wchodzę. Od razu spotykam Andreę Maack, w pomieszczeniu zaaranżowanym jak pracownia. Wącham Coal, jej najnowsze dzieło, ładny. Jeden z wielu ładnych dziś. Przemieszczam się dalej, wchodząc w ciemny labirynt pełen eksponatów spoza świata perfum, oraz perfum umieszczonych w rynienkach otoczonych szklanymi, wystającymi ze ścian bulbami. W ten sposób obcujemy tylko z zapachem, w jego pełnej, rozwiniętej formie.

bulby

Dużo tego, i szybko. Wolę jednak powolne testowanie na skórze. To tutaj - to tylko impresje, ale przyznam, że jedna jest bardzo silna:

Re Profumo

Czekam na ten zapach, powinien pokazać się jesienią.

Dochodzę do ściany z napisem Darkroom, gdzie przejmuje mnie elegancka panna w meloniku, uchyla kotarę, i zachęca do zapoznania się z ciemną stroną Blood Concept. Zapoznaję się zatem: w małym okienku leci film, na uszy zakłada się słuchawki, a ze szpary umieszczonej pod okienkiem dobiega zapach. Wrażenie jest rzeczywiście polisensoryczne, w przypadku niektórych kompozycji warstwa wizualna robi naprawdę duże wrażenie. Czarna, "odwrócona" seria Blood Concept rysuje się ciekawie - choć wcale nie tak mrocznie, jak się spodziewałam, raczej przewrotnie.

Z głębokiej ciemności Darkroomu wychodzę prosto do pokoju białego - największego pomieszczenia na wystawie, gdzie eksponowane są perfumy w oryginalnych flakonach. Można więc powąchać wszystko - i jeszcze więcej - ponownie, co czynię przez kilkadziesiąt minut. Mówiąc "jeszcze więcej" mam na myśli na przykład to:

bodicea

Właśnie tak wygląda nadmiar.

A tak wyglądają Agonisty, kiedy nie są zamknięte w finezyjnych szkłach:

agonists

Nie powiem, podoba mi się ten design, prosty, ciężkie szkło, skład podany na nalepce z przodu, korek magnetyczny. Odkryłam, że absolutnie uwielbiam magnetyczne korki! Pięknie klikają, wskakują na miejsce jak dobrze wytresowane psy.

A tak prezentują się Blood Concepty, stare i nowe:

blood concept

W tle widać śliczne podwóreńko, w czasie ładnej pogody ludność musiała wylegać tam masowo, no ale to było dawno i nieprawda.

Mniej więcej w tym momencie dorywa mnie pani organizatorka, i w odruchu przebłagalnym oprowadza mnie po reszcie wystawy, która bez tego pewnie by mi umknęła. Oglądam parę filmików, w tym dwa całkiem ciekawe, a potem idę do pomieszczenia, gdzie znajduje się fotografia Piety wyrzeźbionej w cukrze przez pewnego Japończyka. Całe pomieszczenie jest też wypełnione zapachem Pietą inspirowanym. Może to siła sugestii, ale wydaje mi się mocno cukrowy.

pieta

Za podestem z kielichem (na którego dnie oczywiście znajdują się perfumy) znajduję mały dyfuzorek wyrzucający strumień pachnącej pary. Więc do tych prac można wykorzystać nawilżacz!

Wracam do białego pokoju, gdzie serwowane są napoje, kawa, a także kuchnia molekularna. Przegryzam co nieco, porcje są maleńkie, ale jedzenie smaczne.

Rzucam jeszcze okiem na Vetiver Vert Czech & Speak, perfumy szerzej nieznane, a bardzo dobre. Ciesze się, że ktoś mi je w trakcie targów przedstawił.

Vetiver Vert Cz&Sp

Mimo niemal całkowitego braku możliwości kontaktu z kreatorami perfum, co na Esxence było ekscytującą codziennością, koniec końców nie chce mi się z Unscent wychodzić: jest ciepło, miło i przytulnie, smakuje mi kawa. W końcu się zwlekam, bo trochę się boję że nie zdążę na przyznanie nagród na najlepszy zapach Esxence. Po drodze do wyjścia natykam się jeszcze na ekspozycję najnowszego dziecka Agonist, Isis. Dużo żołtej tłuczonki:

Isis

Generalnie wystawa jest bardzo artystowska, w gablotach stoją trampki, szpilki, gdzieś tam po ścianach pną się fałdy sukienek, a Isis to w zasadzie instalacja, szkło zgrzyta w słuchawkach. Niemniej brak osób, z którymi można by pogadać o perfumach jest nieco zaskakujący. Rozmawiałam potem z kilkoma osobami, które były tym równie zdziwione, jak ja. Pewnie twórcy byli tylko pierwszego i drugiego dnia. Cóż, następnym razem ta wiedza będzie już dostępna.

poniedziałek, 25 marca 2013

Uprzejmie donoszę, że doleciałam szczęśliwie do domu. Jutro relacja z czwartego dnia, a potem jeszcze dużo, dużo na temat.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 66



RichardDawkins.net