Menu

CO W NOSIE KRĘCI

Blog o perfumach

Na temat

Zapach 0

elve

Pewne okoliczności życiowe skłoniły mnie ostatnio do czegoś, czego nie doświadczyłam od wielu lat: na dwa dni, w pełni świadomie i  całkowicie porzuciłam perfumowanie się. Sam pomysł początkowo zrodził we mnie bunt: jak to, mam chodzić niekompletnie ubrana? Zaprzestać wyrażania siebie zapachem? Jednak potrzeba testów i zmian przeważyła.

Wniosek: bez perfum jestem całkowicie kompletna. Jeszcze tydzień temu wydawało by mi się to niedorzecznością, ale doświadczenie pokazuje jasno, że część — ta pachnąca — która znika, jest natychmiast zastępowana inną — tą pachnącą znacznie subtelniej, na intymniejszym poziomie zmysłowości. Stałość zapachu nie istnieje, zamiast niej pojawia się piękna otwartość na wszystkie niuanse ze środowiska. Początkowo perspektywa bezbronnego wdychania rozmaitych waporów przerażała mnie, i jak to często bywa, rzeczywistość okazała się zupełnie inna, łagodniejsza. Pachną przedmioty i ciała, pachnie osiadły na skórze dym, wnętrze samochodu ze wspomnieniem fastfoodowego posiłku. Pachną wnętrza domów, budzące się drzewa, pachnie nawet czyjś zaplątany we włosy lęk — i nic nie jest ofensywne, nic nie skłania mnie do ucieczki w królestwo określone nutami i procentowym składem związków chemicznych. Z odpowiedniej perspektywy wydają się one nawet ograniczeniem.

Nie wiem, dokąd zaprowadzi mnie moja nowa, przygodna droga, ale czuję, że wczorajszy dzień — z niezakłóconym odbiorem atmosfery niespodziewanego święta słońca, ludzi i życia — był dniem darowanym.

 

white2

Esxence - zapowiedź

elve

Już za 22 dni Esxence (mam ogromne problemy z ta nazwą, które już chyba nie znikną) — jedno z największych perfumowych wydarzeń na świecie. Kręcinos oczywiście się wybiera, po raz trzeci w życiu, w doborowym towarzystwie zresztą. Podobnie jak rok temu jestem oficjalnym partnerem medialnym, spodziewajcie się więc relacji z samego środka niszy!

 

esxence 2015

 

Tegoroczna edycja poświęcona jest związkom perfum z muzyką. Wreszcie! Powód jest oczywisty — perfumy to przecież kompozycje, składające się z nut i akordów, współbrzmiących lub pozostających w dysonansie, rozwijających się w czasie lub uderzających na raz. Gdzieś w katalogu wpisów niepopełnionych mam ten szczegółowo opisujący tworzenie i percepcję perfum słowami z muzycznego uniwersum. Może jeszcze kiedyś go odkurzę. Temat jest mi szczególnie bliski, jako osobie mającej codzienny, intymny kontakt z muzyką, spodziewajcie się więc uważnego, zapewne dość krytycznego spojrzenia.

Wystawa będzie miała miejsce w nowym kompleksie budynków — The Mall — w samym centrum Mediolanu. Mam nadzieję, że będzie przestrzenniej, niż w zeszłym roku.

Lista wystawców jest długa, jeszcze dłuższa niż rok temu. Na pewno odwiedzę swoich ulubieńców, obiecuję też nie odpuścić debiutantom. Niektóre standy będę jednak omijać z daleka. Kto czyta tego bloga, ten wie, które, kto nie czyta — niech zacznie ;)

Oczywiście bardzo cieszę się na warsztaty, które są wytchnieniem od ciągłego chodzenia — ale nie wąchania. Ale najbardziej raduje mnie perspektywa spotkań z ciekawymi, pięknymi ludźmi, których w Mediolanie zawsze jest pod dostatkiem. A zatem —

Ci vediamo!

Zapachowa jesień

elve

Przyszła jesień, jak co roku - za każdym razem jednak jest to inna jesień, i przynosi inne refleksje i nastroje.

shot_1320587344398
Kiedyś była to moja ulubiona pora roku, nowy początek - właśnie ona, nie wiosna. Jesienią zawsze się zakochiwałam, napełniałam nadzieją.

Tym razem sama świadomość, że nadchodzi, była bardzo trudna. Tak bolesna, że uświadomiłam sobie, że dużo cięższa od samej jesieni jest końcówka lata. Poczucie, że oto odchodzi najlepsza pora roku, w jakimś sensie bezpowrotnie, bo jak wiadomo, już nigdy nie będzie takiego lata. To jest oczywiście nieprawda, natomiast owszem, już nigdy nie będzie TEGO lata.

A kiedy jesień wreszcie przyszła - kiedy zebrałam pierwsze grzyby, a pewnego chłodniejszego już wieczora ogrzałam się przy buzującym kominku - zrozumiałam, że nie będzie tak źle. Jesień po prostu jest - punktualna jak w zegarku, dziś w nocy nadciągnęła z silnym wiatrem i ścianą deszczu - i są na nią sposoby. Również te pachnące.

Oto moje typy na jesień 2014:

Christian Dior Dune - jeśli jest jakaś stała we Wszechświecie, to jest nią właśnie to, że jesienią będę nosić Dune - pamięć wysokiego słońca zagrzebana w białym piasku pośród czerwonych sosen, powleczona całunem pajęczych nitek.

Narciso Rodriguez Narciso - piżmo, przy którym nie sposób się nudzić, póki co najlepszy zapach tej jesieni jeśli chodzi o ofertę sieciówek. To nasączony estrogenami naszyjnik zrobiony z białego radiatora, wyśniony przez fizykę kwantową.

Hermes 24, Faubourg - wielki powrót jednego z klasyków mojej kolekcji - nasączone słońcem białe kwiaty tchną ciepłym powietrzem i dekadami dobrego traktowania. Europa Zachodnia w swoim najlepszym wydaniu, z dzikim kapitalizmem gdzieś daleko za horyzontem.

Tom Ford Sahara Noir - jedno z najbardziej zrównoważonych kadzideł, jakie znam - dokładnie pomiędzy gorącem a chłodem, okrągłe, bogate i bursztynowe. Słońce w znaku Wagi.

shot_1382787886694


CB I Hate Perfume Burning Leaves
- olejek, który po części umie mi zastąpić jesienny spływ i dostarcza na zawołanie zapach kurtki wędzonej dwa dni w dymie niskiego ogniska. Lubię jego ciepło - i to olfaktoryczne, i to dosłowne - bo kiedy spada na skórę, nie paruje, jak alkohol, więc nie czuje się chłodu. Idealna baza pod mieszanie z innymi zapachami, szczególnie z...

Le Labo Patchouli 24 - kolejnym moim zapachem wędrówkowym, wyprawowym. Kiedyś były to wypady w góry, teraz mamy mniej czasu, i eksplorujemy nasze nizinne rzeki. Nadal lubię kontrasty - dwa dni poza miastem przypominają mi, jak pachnie świat, i jak wyglądają żywi, nie-internetowi ludzie. W jakimś sensie te dymne perfumy sprzyjają spotkaniom - dokładnie tak, jak jesień.

Patchouli Noir Il Profumo - skoro już jesteśmy przy paczuli, to odgrzebuję kolejną weterankę mojej kolekcji, ulubione perfumy paczulowe - jednak zdecydowanie wolę wersję czarną od białej smukłości Forda. Choć nie jest to kompozycja szczególnie trwała - odbiega tu od mojego olejku paczulowego z Indii, który jest też od niej głębszy - ale ma pociągającą, szumną głowę i ciepłe, dobre serce.

Thierrry Mugler Angel Les Parfums de Cuir - przechodzę do perfum "pełnych darów", z którymi też kojarzę jesień. Angel Cuir ma tak naładowaną owocowym bogactwem głowę, że dla samej przyjemności tych pierwszych minut warto się w nim zanurzyć.

Z podobnych powodów do łask wraca Perfum d'Empire Aziyade - kiedy na zewnątrz wszystko jest systematycznie ogałacane, stygnące i smutne, ta pani wywija pirueta i mówi: ej, machnij ręką na to wszystko, zamknij drzwi na klucz, zasłoń okno, zobacz co tu mam. Ma dobry towar.

Kenzo Jungle Tigre - kolejne perfumy będące u mnie "od zawsze", które kilka lat stały nietknięte. Przecież szkoda. Po raz kolejny pojawia się wątek nagrzanych słońcem, bogatych owoców, tu jest to miękki cytrus- kumkwat. Zatem biorę i jem. Jest to, owszem, perełka, ale perły też dobrze jest pokazywać światu.

shot_1350823395686


Ostatnia propozycja na jesień to Estee Lauder Sensuous - w roli łącznika z zimą. Zupełnie inny typ ciepła, niż wszystkie opisywane powyżej - to już nie słońce, a drewno ogrzewa tę kompozycję, a więc inny jest również rodzaj bijącego od niej światła. Jest go znacznie mniej, ciepło nie jest drapieżne lecz powidoczne. Nadal uważam, że są to perfumy raczej niedoceniane, i nadal twierdzę, że jest to bestsmeller - prawdopodobnie dzięki jakiemuś innowacyjnemu syntetykowi pachnący dużo powyżej swojej ceny. Ostatnio Ktoś mi nawet powiedział, że pachnie dobrą niszą, i ja się z tym całkowicie zgadzam :)

Na pożegnanie wszyscy razem.

elve

cherry blossomJakoś wyjątkowo wcześnie w tym roku zaczęła się wiosna. I w mojej głowie, i w kalendarzu, i w przyrodzie.

Kiedyś marzyłam, żeby zima u nas trwała 3 tygodnie: solidny mróz, śnieg, słońce. 3 tygodnie wystarczą, żeby się tym nacieszyć na resztę roku. To akurat tyle, ile trzeba, żeby mróz nie przeniknął do szpiku kości. Jeśli zima trwa dłużej, nieodmiennie zaczynam marznąć nawet w normalnych temperaturach, a wiosna dotyka mnie z opóźnieniem.

Można to oszukiwać, wyjeżdżać na południe. Ale w tym roku nie musiałam. Zima trwała 3 tygodnie. Skończyła się dość dawno i już raczej nie powróci. Kwiecień-plecień, i przeplata, ranki są bardzo zimne, ale za dnia słońce przygrzewa. Alergia przyszła 3 tygodnie wcześniej, niż zwykle. Zielona mgiełka na roślinach - także. Pora więc na podsumowanie, pora i na otwarcie.

Przeglądałam moje wcześniejsze podsumowania zim, i widzę, że ta była inna również w aspekcie zapachowym. Chyba nigdy wcześniej nie dałam się tak zdominować jednym perfumom: Amour Nocturne L'Artisan. Rano, po południu i wieczorem, a także do łóżka. Na trzaskający mróz - trzaskający proch, na szarość - jego szarość, inna, wybuchowa, a jednak pod ciepłą pierzyną mleka.
Ech, wspaniałe jest takie zauroczenie, nie trzeba się zastanawiać, co nosić.

W rzadkich chwilach, kiedy chciałam odmiany, nosiłam Organzę Indecence. Mam wrażenie, że dopiero dojrzałam do tych perfum. Kiedyś męczyła mnie ich długodystansowość, teraz wspaniale jest czekać na ich głębię. To taki antydepresant!

Jeszcze rzadziej, kiedy mocno czułam, jak bardzo dziwna to zima, kiedy na przykład 7 stycznia było plus 10, a na moim balkonie jak gdyby nigdy nic kwitł na czerwono wiciokrzew - wydobywałam z szafy butlę Aqua Vitae MFK. To właśnie one przywoływały wiosnę.

A teraz, kiedy przyszła, wcale nie mam ochoty na lekkość. Wiadomo, kwiecień jest najokrutniejszym miesiącem.

 tselliot

 

W pierwszym odruchu sięgnęłam po zieloności: klasyczne Envy Gucci, Untitled Margieli, ostatnio poznane 234 Illuminum. Ale nie o to chodzi, powinno współbrzmieć, ale nijak nie współbrzmi. Już bliżej są kadzidła: niezastąpiony Jaisalmer (u którego, ku mojemu zdumieniu, ukazało się dno), czy też przywiezione z Mediolanu Sanctum Perfume Ramona Bejara - o którym napiszę wkrótce więcej, bo dawno nie wąchałam tak dobrego kadzidła. Jednak najbardziej ciągnie mnie do ciężkich, narkotycznych kwiatów. Kilka dni temu za koleżanką zasmużyło Jil Sander no. 4 i taki mnie zachwyt ogarnął, że nie mogę się otrząsnąć. Wyciągnęłam więc Poison - klasyka, oraz wersję Pure. Odkurzyłam kupioną wczesną zimą, na zauroczeniu, Annick Goutal Matin d'Orage, wytrząsnęłam próbkę Songes. Mam ochotę na ciężkie tuberozy, jaśminy i gardenie. Chyba właśnie w taką pogodę - wczesnowiosenną - najlepiej nosić ciężkie kwiaty, kiedy szarpie je wiatr, ale w miejscach osłoniętych, na słońcu, rozkwitają.

Idą święta, zapowiadają się ciepło, a potem - potem będzie już właściwie lato. Już teraz życzę Wam dużo spokoju na najbliższy tydzień. Odsapnijmy, powąchajmy kwiaty dzikich wiśni. Ile jeszcze takich kwietni?

© CO W NOSIE KRĘCI
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci