Menu

CO W NOSIE KRĘCI

Blog o perfumach

Drobne

Muchy w nosie - spóźniona edycja kwiecień 2018

elve

Royal Crown Azimuth - w pierwszym rzucie poczułam podmuch Calone i już chciałam lecieć toto zmyć, gdy wtem! Zapachniało pyrazynami, ziemistością, mąką i orzechem, jak zaczyn na ciężkie, wytrawne ciasto ukorzeniające.

Beaufort London Fathom V - co za fenomenalny zapach. Nigdy w żadnych perfumach nie czułam tak realnych kwiatów. Skład mówi o lilii, ja czuję bez, taki bez udziwniania, na krzaku. Nic dziwnego, bo profil zapachowy oba kwiaty maja podobny. I tak jak zazwyczaj wszystkie kwiatowce, które mają naśladować realny kwiat robią mi źle, bo są nieudolne, tak tu uchwycono ŻYCIE rośliny idealnie. Macham ręką i oglądam się, skąd powiał ten wiatr, gdzie te krzewy i gdzie ta pora dnia matki zimą. Nie ma, a jest, realna, prawie namacalna, niesiona wiatrem z solą, nadmorskim, bryzą, która orzeźwia. I wszystko jest solidnie zakorzenione, nie odlatuje, ma mocną bazę i długo trzyma się skóry - w rześkim stanie, nie blaknąc i nie przechodząc w stany ciepłe i podczerwone. O takie zapachy z nutą świeżą nic nie robiłam!

Les Liquides Imaginaires Fleuve Tendre - bardzo przyjemny zapach. Róża jest czysta jak dźwięk szklanego dzwonka, szafran w ilości, która nie robi krzywdy, a wszystko przyprósza mgiełka kardamonu, łagodząc krawędzie. Jest tu szlachetność i optymizm, jest soczystość i promienna słodycz. Perfumy te przypominają mi wszystko co dobre w Cartier Declaration - tylko jeden stopień polerki wyżej.

Gabriella Chieffo Lattedoro - Początkowo jest niebiański, kokosowe mleko przełamane imbirem i innymi przyprawami, potem robi się trochę za słodki i zbyt przypalony na mojej skórze, za dużo wanilii. Miłości z tego nie będzie.

Memo Tamarindo - nie dajcie się zwieść, w składzie nie ma tamaryndowca. Za to jest ananas. Bardzo słodki, tropikalny i orientalny zapach, trochę jak owoce w syropie z puszki, początkowo mnie oczarował, w teście ogólnym jest niestety syntetycznawy. Niemniej nosi się przyjemnie.

Truchła w nosie, czyli edycja odnaleziona much

elve

Blog wraca po długiej, najdłuższej chyba w swojej historii przerwie spowodowanej przygodą życia. Czy warto było? Oczywiście. Czy dalej interesuję sie perfumami? Odpowiedź na to pytanie jest trudniejsza, niż się spodziewałam. Czy w związku z tym przestaję pisać bloga? Nie, a w każdym razie jeszcze nie. Ale nie mam już tego lęku, że beze mnie będzie puściej. Albo inaczej: puściej nie znaczy gorzej.

oihyr

Nie spodziewajcie się, że kiedykolwiek nadrobię jakiekolwiek zaległości. Ja się już nie spodziewam. Zrobiło się jak z czytaniem: nie da się przeczytać wszystkiego interesującego, więc odechciewa się to robić w ogóle. Czas nadmiaru. A ja przecież od jakiegoś czasu raczej usuwam niż gromadzę. Jakie to wspaniałe uczucie: zostawić za sobą wszystko, co nie przynosi radości.

Z perfum, które chcę zostawić za sobą wspomnę tu o Oud Satin Mood Kurkdjiana. Po znakomitym, owocowym Oudzie, po doskonałej trójce poprzednich Moodów, ten bije po nosie niedoróbką. Jest przesłodki w zły sposób, zawiera niedystyngowaną, nachalną różę, i niebywale się ciągnie. To odpowiednik niezrozumiałego, siedmiogodzinnego filmu perskiego, z którego nie możesz wyjść, bo obrazisz gospodarza, który Cię na niego w najlepszej wierze zaciągnął. A może w nienajlepszej? Nie wiem, co miał na myśli Francis projektując tę karykaturę. Tak samo jak nie wiem, co mają na myśli dezajnerzy swetrów z cienkiej wełny, które należy nakładać na nagą skórę. Chyba w piekle.

Perfumy, które mogłabym ze sobą wziąć, gdybym nie miała nic lepszego: to na przykład niedawny Carner, czyli Palo Santo. Na plus zaliczam mu to mienienie się między cedrowym i półsłodkim musem do picia, zmąconym mlekiem, zaskakująco blisko spokrewnionym z czekoladą, a chłodnym, ziemistym i zielonym wetiwerem. To jest wciągająca gra o sumie niezerowej, tak zarzuca się wędki na grube ryby. Wyłaniająca się z tej wymiany drzewność jest doniosła i do zapamiętania, a to skarb w dzisiejszych czasach. Pod tym wszystkim unosi się jeszcze pylisty akord bobu tonka, co sprawia, że zapach jest naprawdę nieznajomy, a do tego piękny. Nie mamy szczególnej zbieżności charakterów, to raczej materiał na one night stand, ale z bezludnej wyspy - nie wygnałabym.

Au Pays de la Fleur d'Oranger Neroli Oud, Eau de Madeleine, Etat Libre d'Orange Remarkable People, Marquis de Sade, True Lust

elve

Au Pays de la Fleur d'Oranger Eau de Madeleine — ósmy zapach z kolekcji Les Inedites, wyłamujący się z dotychczasowego pomysłu (według którego każda kompozycja była poświęcona jednej nucie). Eau de Madaleine nazwą nie nawiązuje do żadego z klasycznych składników perfum, choć w samym tonie bardzo do tradycyjnej sztuki perfumiarskiej nawiązuje. Głowa jest pełna świeżych ziół i cytrusów, szybko ustępującym miejsca nieco nieskładnej mieszaninie skóry i kadzidła. Całość jest dość słodka, jak wnętrze torebki, w której zgniotły pudrowe cukierki. Samo kadzidło - które jest chyba glównym tematem kompozycji - przypomina to z Messe de Minuit, ale brakuje mu tego charakterystycznego, romańskiego chłodu podziemnej kruchty. To raczej kadzidło nieco zwietrzałe i sprażone słońcem.

Au Pays de la Fleur d'Oranger Neroli Oud — połączenie oud i neroli wydawało mi się nieco karkołomną ideą, ale producenci wybrnęli z twarzą, jednak nie w sposób, który bym podejrzewała - bowiem stawiałabym na wydobycie najbardziej cielesnego aspektu neroli, wyraziście brzmiącego w kwiecie pomarańczy, i skoligacenia go ze zmysłową strona oudu. Tymczasem neroli brzmi tak jak zazwyczaj, czyli głównie zielono i kwiatowo, z lekką nuta octanową (to jaśmin), która wydaje mi się nie na miejscu. Składniki oud - toczone grzybem drewno, pewna smolistość - na chwilę ustępują świergotowi neroli, ale potem łagodnie obejmują przewodnictwo, a neroli dziwnie zaokrągla całość.

Etat Libre d'Orange True Lust — miks Putain des Palaces i Dangerous Compliciyty dający w efekcie dość klasyczny, fiołkowy efekt, ale z dużą głośnością, podobną do tej z fioletowo-czarnego monstrum Johna Galliano. Pudrowemu i suchemu zazwyczaj fiołkowi tu udało się rozwinąć w pełen owoc, może niezbyt soczysty, ale ładny, z cienką, aksamitną skórką. Całość świetnie współgra mi z długimi rzęsami i wysokim noszeniem głowy.

Etat Libre d'Orange Remarkable People to póki co jedyna tegoroczna premiera ELd'O w pełnym tego słowa znaczeniu (True Lust jest mieszanką a Marquis de Sade to po prostu przepakowane Fils de Dieu). Pachnie jak ananas, kropka. Bardzo podoba mi się pachnienie ananasem, nic więcej nie trzeba.

Marquis de Sade (Fils de Dieu) — napiszę, bo do tej pory nie było okazji. W głowie uderza nuta pieczonego - chleba, orzechów... trochę ziemista i dusząca, jakby pyrazynowa. Jak to się dzieje, że ten dziwny przecież akord rozpuszcza się w smakowite, orzeźwiające, zielonkawe fale shiso i kardamonu - nie wiem, wiem tylko, że łącznikiem jest parna i lekko duszna nuta ryżu. Całość wywołuje silne skojarzenia z dalekowschodnią kuchnią, gorącą w skwar, oczyszczającą, pełną egoztycznych połączeń. Z Markizem de Sade nie ma to nic wspólnego.

© CO W NOSIE KRĘCI
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci