Menu

CO W NOSIE KRĘCI

Blog o perfumach

Nisza

Rubini Fundamental

elve

Pisałam już o Rubini przy okazji podsumowania najlepszych perfum z Esxence 2015. Że znowu, jak to się nieczęsto zdarza, dostałam coś, co stworzono bez oglądania się na konwenanse, bez osadzania się w historii perfum, za to odważnie rozpoznając miejsce w historii świata.

Rubini Fundamental

Inspiracją dla tego zapachu jest mały sklepik perfumiarski w Weronie w roku 1937, gdzie miejscowe damy kupują puder o zapachu irysów. W ogóle historia jest dla mnie w tym zapachu pewną osią, wokół której się to wszystko kręci. Andrea Rubini pochodzi z rodziny perfumiarzy, te daty i sklepiki nie biorą się znikąd — one były i pewnie w jakiejś formie, niektóre z nich, istnieją do dziś. Bardzo mnie to skontaktowało — jak to ma miejsce niemal zawsze, kiedy jestem w spokojnej, zachodniej Europie — z przeszłością mojego miejsca, w którym taka historia jest po prostu niemożliwa. Gdańsk został zniszczony w 95% podczas II Wojny Światowej, ktokolwiek był tu perfumiarzem — zginał lub został zmuszony do ucieczki, warsztat nie przetrwał, a jeśli oplatały go winogrona, spłonęły. Chyba nawet powiedziałam to Andrei, kiedy rozmawialiśmy, ale zapomniałam dodać ważnej rzeczy: z każdej historii może powstać coś pięknego, nie tylko z tej dostatniej i spokojnej. To wspaniałe, że Rubini czerpie z tego, co piękne we Włoszech, natomiast w wietrznym mieście też jest sporo do opowiedzenia, i nikt tego za mnie — za nas — nie zrobi.

Rubini Fundamental

Wracając do perfum: to właśnie irys jest sercem Fundamental, tuż obok rewolucyjnego akordu winogron Soave. Temat wina w perfumach jest ostatnio mocno eksploatowany, że wspomnę choćby tryptyk Liquides Imaginaires czy najnowsze Etat Libre d'Orange Remarkable People, które pachnie szampanem, jednak w Fundamental znajduje się odniesienie do źródła, pierwotnego materiału, a nie produktu finalnego. Winogrona są surowe, zapachem przypominają te, które jakimś cudem rosną w nadbałtyckim klimacie, wyczekane, dojrzewające dopiero we wrześniowym słońcu i niemal natychmiast szczypane przymrozkiem. Ich słodycz jest niezrównana, ale na skórce odznacza się sinawy nalot chłodu. Fundamental to winogrona cieniste i okryte lekkim pyłkiem. W bazie kompozycja ociepla się i trochę mięknie, irys splata się ładnie z zapachem leśnego poszycia, dzięki sandałowcowi zyskując kremową konsystencję.

Bardzo podoba mi się nazwa, i uważam, że jest trafiona. Solidne fundamenty, mocne korzenie, trwanie.

Glebanite

Opakowanie to osobna historia, pisałam już o nim trochę. Materiał, w którym zamknięte jest szkło flakonu — Glebanite — to przetworzone włókno szklane, które kiedyś istniało jako kadłub jachtu. Wygląda jak porowaty, biały kamień, jest leciutkie. Wspaniała rzecz, bo i pomysłodawczyni to nie byle kto: sama Francesca Gotti, człowiek za nu_be.

Trwałość bardzo dobra, ponad 8 godzin, wysycenie doskonałe, dobra emanacja.

Nuty: bergamotka, mandarynka, kwiat cytryny, irys, winogrona Soave, wosk pszczeli, śródziemnomorskie runo, wetiwer jawajski, sandałowiec, skóra, cedr, akord aksamitny;
Rok premiery: 2015;
Zamieszał: Cristiano Canali (którego doskonale pamiętam sprzed dwóch lat, to ten sam chłopak! Miałam wtedy nosa :) )

Cristiano Canali

Jul et Mad Les White — Garuda, Néa, Nin-Shar

elve

Po pierwsze: skąd nazwa? Dlaczego "białe", kiedy soczki są ewidentnie czerwone?

Chodzi o nazwisko Juliena (i drugie Madaliny) Blanchard, blanche to po francusku biała. Nie wiedzieć kiedy, para zaczęła być przez znajomych nazywana Les White. Impreza? Zaprośmy Białych. Zadzwońcie po Białych... I tak zostało. Czyli wbrew pozorom dalej jest to miłosna historia :)

Oprócz miłości do perfum Madalinę i Juliena łączy fascynacja dawnymi kulturami. To właśnie im poświęcona jest kolekcja, opakowana w ręcznie robione, białe, lakierowane pudełka. Zdobienie flakonów powstaje w złotej kąpieli, której nadmiat jest później usuwany laserowo. Najwyższa półka.

Jul et Mad Paris Les White Nin-Shar

Nin-Shar poświęcone jest wiszącym Ogrodom Babilonu, jednemu z siedmiu cudów starożytności. W mitologii sumeryjskiej Nin-Shar jest boginią roślin, córką Ninhursag, bogini płodności, oraz Enki, boga wód.

Od Nin-shar wszystko się zaczęło w 2015 roku miał mieć premierę tylko jeden zapach Jul et Mad. Nieprzypadkowo jednak Nin-Shar jest córką bogini płodności z jednej kompozycji zrobiły się trzy. "Chcieliśmy skoncentrować się na temacie róży, ale wpadły nam w ręce tak cudowne materiały, że grzechem byłoby nic z nimi nie zrobić". Dobrze się stało, materiały rzeczywiście cudowne i wykonanie mistrzowskie.

Nin-Shar jest najczerwieńszy z trzech, i najsmutniejszy. Płyn plami skórę na różowo, więc uważajcie z białymi koszulami. Z mojej pompki wylatują czerwone mini-kropelki olejków, więc trochę się boję powtórzenia historii z Nouveau-Ne, który ostatecznie pompkę zatykał. Póki co jednak mój spray działa prawidłowo, i, co tu ukrywać — codziennie. Nie mam bowiem ochoty na nic poza trójką Les White, której zapachy jednocześnie mają ze sobą coś wspólnego, ale pokrywają bardzo różne obszary potrzeb i nastrojów.

Róża Nin-Shar nie ma w sobie nic z soczystych, powietrznych i lotnych kwiatów obecnych w mainstreamowych hitach, nie jest też typowo ciemna i ponura, jak najczęstsze propozycje niszowe. To są prawdziwe perfumy, potężne i statyczne. Widzę ten zapach jak wolno obracający się hologram wykonany w ciemnej materii, pulsujący ciemną energią. Czasem lepiej niż słowa ideę oddaje dźwięk, więc posłuchajcie śpiewu słońca. Ta róża wchłonęła go w siebie:



Nuty: bergamotka, likier różany, esencja z dawany; absolut róży tureckiej, egipski jaśmin, frakcjonowana paczula (jasne akordy); oud, żywica benzoesowa, wanilia burbońska, cedr wirgiński, sandałowiec, absolut kadzidła;
Rok premiery: 2015;
Zamieszała: Sidonie Lancesseur z Robertet – Grasse.

Garuda ma być hołdem oddanym cywilizacji Angkor. Dreszcz mnie przeszedł, kiedy to usłyszałam, bo dla mnie jest to jedna z najbardziej niesamowitych cywilizacji, jakie wydała Ziemia, i w dodatku jakby zupełnie nie-ziemska, niepokojąco obca. Od kilkunastu lat marzę o zobaczeniu na własne oczy Angkor Wat, i myślę, że Garuda jakoś mnie do tego zbliża.

W mitologii Khmerów Garuda jest bóstwem w postaci pół-ptaka i pół-człowieka, panem stworzeń latających, alegorycznym upostaciowieniem inspiracji. Madalina opowiadała mi o momencie, w którym te perfumy urodziły się w głowach Les White za świątynią zachodziło słońce, jego blask odbijał się w podłodze udekorowanej niezliczonymi reliefami Garudy sam niosącego na ramionach Wisznu-Krysznę, walczącego z jego wrogami, zwycięskiego. Ten zwielokrotniony obraz w złocie udało się zakląć w perfumy młodemu, niezwykle zdolnemu Luce Maffei'emu. A jeśli myślicie, że ileż razy można próbować wycisnąć coś z oudu, to jesteście w takim samym błędzie, w jakim byłam ja. Nie domyśliłabym się, że to perfumy oparte na tej wyświechtanej już przecież nucie. Nie da się tu jej wyczuć bezpośrednio. Jak to ładnie ujął Phillippe K. Garuda to "kierunek oud" jakby wszystkie składniki stanowiły linie równoległe do tej jednej nienarysowanej, będącej wypadkową tych zauważalnych i namacalnych. Widmowa strzała, cień na nieboskłonie, ostatni promień słońca w gęstym powietrzu. Garuda sam niewidoczny, rzuca potężny cień. Zapach jest silny, długotrwały, słodki, drzewny i sycący, wypełnia sobą przestrzeń.

Jul et Mad Paris Les White Garuda

Nuty: bergamotka, pomarańcza, kmin, różowy pieprz; kambodżański oud, szafran, rum; paczula, timbersilk, jawajski wetiwer, cedr, cashmeran, ambra, wanilia, piżmo;
Rok premiery: 2015;
Zamieszał: Luca Maffei z Atelier Fragranze Milano.

Néa to hołd oddany złotej erze Bizancjum oddaje blask chwały Imperium Wschodniorzymskiego w czasach jego największej świętości.

Jul et Mad Paris Les White Nea

Otwarcie dominują ciężkie, nieprzejrzyste nuty owocowe uczernione pieprzem. Głowy perfum zazwyczaj tryskają sokiem tu zaś kapie syrop, gęsta i odżywcza ciecz o konsystencji raczej żywicznej, rozgrzewająca. Na tym etapie mam skojarzenia z Aziyade, które jednak po 10 minutach nikną tam, gdzie Perfume d'Empire idzie w szał rozpusty, kompozycja Jul et Mad ściąga usta. Na scenę wkracza surowa i wytrawna strona owoców, wzmocniona nieugiętą różą i powagą śliwki. Jest to etap niesamowitości akord wydaje się splątaną studnią labiryntem ciągnącym się wyłącznie w dół. Ta podróż kończy się jednak w pogodniejszych, nadmorskich rejonach, wytrawność ustępuje miejsca słodyczy i akordom dla mnie chłodno-plażowym. Owoce w Néa okazują się niespodziewanie słonawe, kamienne. Tak mógłby pachnieć piaskowy wilk o gwieździstych oczach.

Nuty: daktyl, dawana, granat, liść palmowy, czarny pieprz; jaśmin sambac, róża damasceńska, suszona śliwka; paczula, cashmeran, wanilia, żywica benzoesowa, karmel, bób tonka, ambroksan, piżmo;
Rok premiery: 2015;
Zamieszał:
Luca Maffei z Atelier Fragranze Milano.

Mediolan Esxence część 1

elve

PerSeFume team

Dwie rzeczy zwróciły moją uwagę na wejściu do The Mall, czyli budynku, który w tym roku gości Esxence. Pierwsza to spory zestaw instrumentów, łącznie z majestatycznie rozstawionym fortepianem. Tegoroczna edycja eksploruje związki między zapachem a muzyką, co mnie od razu nastraja pozytywnie. Druga sprawa to natężenie światła. W poprzednich latach grzaliśmy się pod ostro świecącymi żarówkami. W tym roku nareszcie coś się zmieniło — jest ciemnawo i chłodnawo, wydaje mi się też, że znacznie więcej przestrzeni pozostawiono dla wizytujących. I jakoś pod koniec dnia nie boli głowa! Stąd nieoficjalnym hymnem wyjazdu został już pierwszego dnia ten dość egzotyczny, a jednak dobrze Wam pewnie znany utwór (no, może nie w tym wykonaniu):

Tak, cieszymy się ciemnością.

Pierwszy dzień jest intensywny, i nie będę go opisywać krok po kroku, bo wydaje mi się to dość nużące — w zamian proponuję skupić się na najjaśniejszych punktach i ogólnej atmosferze, a szczegóły opiszę Wam w postach dotyczących poszczególnych marek. Na początek robimy rekonesans i obchodzimy całą przestrzeń — z założenia nie wdając się w rozmowy, co się oczywiście nie udaje, bo trudno się nie przywitać, jak się wpada na znajomego lub znajomą. Jakoś podejrzanie szybko pachniemy Nouveau-Ne — cudeńkiem Humieckiego i Graefa, które ma premierę już drugi rok ;) Okazuje się, że zeszłoroczna kompozycja musiała zostać zmieniona — zawierała za dużo frakcji olejkowej i zatykała pompkę. Nowa pachnie tak samo wyśmienicie. Oficjalna premiera podobno na jesień, ale nie uwierzę, póki nie zobaczę (i kupię, bo to jedna z lepszych rzeczy, jakie wąchałam w ostatnich latach — dostatnia i promienna). Debiutujący równolegle Abime również ulepszono. W zeszłym roku przy Nouveau-Ne wydawał się blady, obecnie już nie jest, bardzo dobre perfumy.

Zupełnie niezgodnie z planem wdajemy się też w rozmowę z reprezentantami Franck Boclet — marki, która wytrwale trzyma elegancką linię. W tym roku wzbogaciła się o 5 nowych kompozycji: Fir Balsam, Tonka, Absinthe, Cedre i Vanille. Wszystkie są wysokiej jakości, konserwatywne, solidne. Więcej o nich w osobnym wpisie.

I tak mijamy stoisko po stoisku (a jest ich około 160), niektóre szerokim łukiem, i od czasu do czasu — korzystając z tego, że któreś jest mniej oblegane — wdajemy się w przyjemne (lub mniej przyjemne) pogawędki z przedstawicielami marek, a niekiedy i z samymi założycielami czy założycielkami. Potem się rozdzielamy — Kuba zalicza wszystkich od początku, a ja zajmuje się debiutami. Podsumowanie w osobnym, następnym w kolejności wpisie.

Ostatecznie ląduję u Madaliny i Juliana, czyli Jul et Mad, którzy na Esxence przygotowali trzy nowe kompozycje. Prawdę mówiąc trochę mi krew zakrzepła w żyłach, kiedy się o tym dowiedziałam. Po ubiegłorocznym Aqua Sextius, które mnie nie zachwyciło (ale wiem, że ma też psychofanów — dobrze, dobrze) wiadomość o trzech premierach na raz nie nastrajała mnie pozytywnie jeśli chodzi o kierunek rozwoju marki. Zastanawiałam się, jak można to pogodzić z tym, o czym rozmawiałam z Mad dwa lata temu, i co mnie tak w niej ujęło: wiernością sobie, pozostawaniem człowiekiem w całym tym, dość bezwzględnym biznesie, oddaniem jakości, miłością do klientów marki. No cóż — martwiłam się na zapas. Madalina pokazała mi pierwszy zapach, Nin-Shar — i uśmiechnęłam się. Drugi, Néa — oczy otworzyły mi się szeroko ze zdumienia. W końcu trzeci, Garuda — w którym się z miejsca zakochałam. Szersze recenzje wkrótce, w tej chwili mogę jedynie powiedzieć, że jestem pełna podziwu dla tego, jak mądrze Jul et Mad sterują swoją łódeczką, jak starannie dobierają współpracowników, i jak niezmiennie pamiętają o tym, co najważniejsze. Kapitalny młody perfumiarz, Luca Maffei, twórca dwóch "nadprogramowych" zapachów (bo przecież początkowo miało się skończyć na Nin-Shar) jest z nimi! Nie mogło być lepiej :)

Jul et Mad Nin Shar

Na koniec Mad powiedziała, że muszę koniecznie porozmawiać z Phillippem K., ich nowym współpracownikiem i doradcą. Prawdę mówiąc był to dla mnie najjaśniejszy punkt całego wyjazdu. Spotkałam osobę, w której wiedza, mądrość i serce grają unisono w służbie innym. Niesamowicie przenikliwy człowiek, jednocześnie życzliwy i do bólu szczery, znający siebie, znający innych, po godzinie znajomości rozmawiający ze mną o uczuciach. Powiedzieć o nim: „ekspert perfumowy” to rażąco mało. To dla mnie ważne doświadczenie, znów spotkać kogoś, w kim człowieczeństwo i profesjonalizm nie wykluczają się, lecz wzajemnie wzmacniają. Takimi ludźmi pragnę się otaczać. Poczułam spokój — że Madalina umie o siebie zadbać, i że ja też wiem, z kim przestawać. Że nie jesteśmy sami.

Dziękuję Margo i Kubie za towarzystwo i wsparcie podczas tych czterech niezapomnianych, twórczych dni. Z Wami mogę konie kraść :)

Mendittorosa Odori d'Anima Alfa, Omega, Id

elve

21o7rjm

Dziś napiszę o klasycznej Trylogii, pierwszej linii Mendittorosa Odori d'Anima — jednej z moich ulubionych marek niszowych. To taka prawdziwa nisza, robiona z pasji, jeszcze nie przeżarta urynkowieniem.

Alfa to perfumy bawiące się szafranem. Ten temat zawsze nieco mnie onieśmiela — z szafranem mam w życiu do czynienia wyłącznie w ilościach śladowych, nigdy nie poczułam jego przedawkowania, więc wiem tylko że jest pierzasty i ognisty. Tę palącą stronę odbieram w Alfie właściwie jak mieszankę pieprzu czarnego i różowego, z jego natchnioną objętością. W ogóle czuje tu dużo wiatru, chyba bryzy, czegoś wiejącego o poranku ze strony odległego morza, a jednak sięgającego pod góry. Tak mogły pachnieć wczesne godziny nad jeziorem Guarda, kiedy wszystko jest jeszcze pastelowe i nieśmiałe, w tym ja — nie mogąca uwierzyć że w maju, tak niedaleko od miejsca w którym mieszkam, takie cuda. Potem w południe wszystko staje się większe, dosłowniejsze, obraz staje się najpierw olejny a potem przepalony. Ale ten świt, kiedy nieśmiało wjechaliśmy do doliny położonej w innym, lepszym świecie, takim w którym kwitnie jaśmin, a nie jaśminowiec — miał w sobie coś z Alfy.

Ech, zatęskniłam do Włoch. Patrzę w mapach google na satelitarne zdjęcie okolic Sirmione i mam wrażenie, że człowiek się tam doskonale zgrał z naturą, stał się jej częścią, jak mrówka ze swoim mrowiskiem czy ptak w gnieździe niespiesznie uwitym. Tego wiekowego osadzenia nietkniętego wojną bardzo w Polsce brakuje.

Nuty: goździki, gałka muszkatołowa, biały tymianek, goździk, delikatny jaśmin, amyris, szafran, drogocenne drewno, oud, białe piżmo;
Rok premiery: 2012;
Zamieszały: Amelie Bourgeois i Anne Sophie Behaghel.

6h6qdt


Omega
to bardzo fajnie osadzone, miękkie perfumy skórzane z wyraźnym śladem kwiatowym. Sama skóra kojarzy mi się surowo, może dlatego, że w skórzanym płaszczu zawsze mi zimno, ciężko noszą go ramiona. A to jest płaszcz z zamszowej, lekkiej skóry podbitej mnóstwem pierzastych płatków, niemal kwiatowym puchem. W tym czymś nie może być zimno. Zapach nie wieje chłodem mimo pokaźnej dawki irysa — niespodziewanie ładnie rozgrywa to drzewo różane, emanując czerwonym światłem. Całość dodatkowo ociepla wanilia, taka którą lubię najbardziej, czyli strączkowa, wilgotna. I gdy w tym podmuchu niewinnym nagle zahuczy kmin, jak czyjaś głowa niespodziewanie pojawiająca się na pierwszym planie — to robi się wręcz zabawnie. To tylko ułamek sekundy, podprogowo, można nie zauważyć świadomie, ale w nieświadomości wszystko się zapisuje i tworzy obraz perfum przytulnych i niejednoznacznych.

Nuty: akord skórzany (rezynoid i oud), delikatny jaśmin, irys, fiołek, drogocenne drewno, kmin egipski, drzewo różane, kadzidło frankońskie, cedr wirgiński, wanilia, białe piżmo;
Rok premiery: 2012;
Zamieszały: Amelie Bourgeois i Anne Sophie Behaghel.

ekhoch


Id
zaczarował mnie od pierwszego spotkania, jednocześnie zaskakując — nie takiego zapachu się spodziewałam po czymś inspirowanym wulkanem. Najlepiej opisuje go słowo "śpiewny", bo Id płynie jak prastara, przekazywana przy wieczornych ogniskach melodia, nucona przyciszonymi, nocnymi głosami poprzez wieki. Jest w niej mądrość, smutek i ukojenie. Jest w niej stałość życia, przemijania, życia odradzającego się. Jest spokojna moc żywiołu, wdzięczność, poddanie się, współdziałanie, piękno wyrastające ze współtrwania. Jest miękkość i delikatność zbudowana na skale.

Przepiękny jest tu cynamon, rozwijający swą korę z rulonu jakby była jedwabiem. Kwiaty tańczą wokół tej gwiazdy kompozycji nie dotykając paluszkami ziemi, uniesione, elfie. Są to chyba najbardziej aromaterapeutyczne perfumy, jakie mam — roztarta kropla zalewa mnie spokojem, ale jest to spokój działania, pełen skoncentrowanej, gotowej do pracy energii.

kd04fp


Id
występuje w dwóch formach: ekstraktu oraz olejku, towarzyszącego Perfum Lava Collection, czyli charakterystycznemu naszyjnikowi z lawy zebranej u stóp aktywnego wulkanu Stromboli na Sycylii. To właśnie zapachem tego czarnego, lekkiego kamienia, ogrzanego śródziemnomorskim słońcem, mającego w sobie pamięć ognia, ma być Id. Zawieszkę nosimy blisko serca, tak, by ciepło ciała współdziałało z potęgą wulkanu, przez miejscowych zwanego Iddu, czyli On. Podoba mi się zaangażowanie mocy serca w perfumy, wierzę w wartość przekazywania własnej energii rzeczom, które wytwarzamy. Twórczyni tego pomysłu chce, by jej Anima Jewels były amuletami, dodającymi życiu ciepła i inspirującymi — a ja jej wierzę, i dlatego tak chętnie noszę ten kawałek południa na piersi; szczególnie teraz, zimą, czuję jego pozytywna wibrację.

Nuty: goździki, gałka muszkatołowa, delikatny jaśmin, irys, fiołek, drogocenne drewno, ambroksan, brzoza, benzoes syjamski, cynamon z Cejlonu, żywica, paczula z Indonezji, białe piżmo;
Rok premiery: 2012;
Zamieszały: Amelie Bourgeois i Anne Sophie Behaghel.

IMAG29891

Kuba, dziękuję raz jeszcze :)

© CO W NOSIE KRĘCI
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci