Menu

CO W NOSIE KRĘCI

Blog o perfumach

Wszystko

Widian - Velvet Collection: Delma, Liwa

elve

Widian to perfumy ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich pomyślane i skrojone dla zachodniego odbiorcy. Mamy więc zmyślny miks orientalnych składników i europejskiej powściągliwości, w wyniku którego powstały perfumy wystarczająco obfite i odpowiednio grzeczne. Z jakim efektem? Bywa różnie, o czym napiszę na podstawie dwóch zapachów: Delma (wyspa, nie mylić z margaryną) i Liwa.

 

widian_14900206560967

Na mój nos w Delmie coś poszło nie tak. Spodziewałam się kwiatów i owoców, ale jednak suchszych i przewianych - znajdujemy się bowiem na wyspie, ale jednak w strefie podzwrotnikowej. Tymczasem wiatru i pustyni nie widać, choć oko wykol, drzewna baza również niestety zginęła w kwiatowo-owocowym sosie, który pokrywa syropowatą, żrącą kołderką dokładnie wszystko. O gwajaku i galbanum przez pierwszą godzinę mogę sobie co najwyżej poczytać. Na Fragrantice przeczytacie o dominującej nucie pianki marshmallow, ale dla mnie ta lepiąca się słodkość nie ma nic wspólnego z delikatnością pianki. Po jakimś czasie spod tej masy zaczynają wystawać kawałki drewna, jednak do końca zapach pozostaje drapiącym w gardle, rozbuchanym soczkiem, który jedną nogą tkwi w latach osiemdziesiątych. Być może wąchany jako powiew jest przyjemniejszy, niż bezpośrednio ze skóry, bo wywołuje zachwyty.

Trwałość, wysycenie i projekcja bardzo dobre, jest ogon.

 

widian_14905077620948

Liwa nie budzi natomiast żadnych wątpliwości - to kompozycja udana, równie jak Delma bogata, ale jednak bez porównania bardziej noszalna i elegancka. Nie znajdziesz tu ani olejkowej róży, ani acetonowego jaśminu - kwiaty wyciśnięto z orientu i zostawiono tylko proste, suche, czyste i architektoniczne linie, by zrobić z nich przestronny gmach. Potem tę przestrzeń wypełniono dymem - początkowo jest gorący i pełen czerwonych iskier, stopniowo stygnie do błękitnej mgiełki, niemal ozonowej. To niemal robi tu jednak kolosalną różnicę, możecie wierzyć osobie, która jest na bakier w nutami oceanicznymi i powietrznymi. Kiedy wydaje się, że molekuł nie da się już bardziej rozrzedzić bez "znikania" zapachu, ten zestaw otwiera się jeszcze bardziej, i przenicowuje, ukazując półmatową, gładką podszewkę. W tym tajemniczym miejscu, ukryta pod pozorem chłodu, mieszka cała promienność bazy Liwy, ciepłej i pulsującej jak życie.

Trwałość i wysycenie wspaniałe. Podobnie jak projekcja.

Evody Collection d'Ailleurs: Blanc de Sienne, D'Âme de Pique, Noir d'Orient, Ombre Fumée

elve

Blanc de Sienne (2015) — temat Sieny potraktowany stereotypowo, czyli musi być kosaciec florencki. Tu w wydaniu dość soczystym, z owocową nutą. Skład mówi coś o kawie, ja raczej czuję nieprzyjemną, jakby lateksową stronę balsamu Tolu, plus dziwne niuanse jaśminowo-odzwierzęce. Czyli próba uzmysłowienia pudru raczej się nie udała.

D'Âme de Pique (2014) — owocowy koktajl z różą, na mój gust znacznie przesłodzony. Nieco świeżych nut uprzyjemnia percepcję, ale ostatecznie nie ułatwia noszenia na skórze. Bardzo lubią go osy.

Noir d'Orient (2014) — czerń wschodu widziałabym jako coś znacznie suchszego i mrocznego niż ten, w gruncie rzeczy przyprawowo-rumowy zapach. Są momenty, kiedy trzeszczy wyschniętym drewnem, zawsze jednak pozostaje dość miękki (efekt bobu tonka) i miejscami nawet świetlisty, jakby ciemny aksamit spowijały promienie zachodzącego słońca. Pełno tu statyczności, ciszy i spokoju. Zapach niezaprzeczalnie przyjemny, pachnie drogo, kunsztownie i ozdobnie.

Ombre Fumée (2014) — suchy, drewniany, nieco podwędzony zapach, swoją słoną charakterystykę zawdzięczający dużej zawartości wetiweru. Początkowo mocno kręci w nosie pieprzem, potem robi się nieco bardziej kremowy. Blisko mu do generycznego zapachu niszowego, a zatem - do zapomnienia.

Franck Boclet zbiorczo

elve

O tej marce wielokrotnie już wzmiankowałam, opisałam też 4 kompozycje, które poznałam na Esxence 2014 (ostatecznie nic nie wspomniałam o Ambre, którą najwięcej nosiłam – no cóż, jest lutensowska w stylu). Pora na krótki opis całej reszty kolekcji (która w międzyczasie solidnie się rozbudowała).

Fir Balsam – jak sama nazwa wskazuje, perfumy są oparte na żywicy jodłowej. Początkowo słodkie i balsamiczne, z czasem pokazują bardziej dymną stronę, z gorzkawym niedopowiedzeniem. Jest takie miejsce w drewnie, które wydziela cierpki, żywy sok, i to miejsce udaje się Bocletowi osiągnąć. Tegoroczna premiera, jedna z pięciu. W sumie więc marka dorobiła się już 13 kompozycji.

Chypre – w zeszłym roku miałam wybór, czy wziąć na targach próbkę Ambry czy Szypru właśnie – wybrałam Ambrę, mocno lutensowską w odbiorze, a potem żal mi było Chypre. Dziś przypominam sobie, czemu. To zapach światła i wiosny, jednocześnie przypominający klasyczne kompozycje i wybiegający w przyszłość. Dużo kwiatu pomarańczy, i ładnie konwaliowego jaśminu, który dzięki solidnej bazie zamiast szaleć promieniuje powściągliwym pięknem.

Vanille – jest bardzo apetyczna, ze sporą domieszką maltolu – a więc kojarzy się z watą cukrową – a przy tym bardzo noszalna i nie mdląca dzięki dużej dawce cytryny. Troche jak cytrynowe ciasto, nosi się to radośnie, bezproblemowo i godzinami.

Tonka – siano, szczypta kakao i coś cytrusowego na wierzchu. W głębi czai się białe ziarno migdała. Jak na tonkę ta kompozycja jest soczysta, niemal ostra, nie rozmemłuje sie i nie rozpływa jak pasta.

Tobacco – tytoń z gatunku słodkich, trzymających się blisko bobu tonka i kumaryny, sienny. Kumaryna jest niebezpiecznym związkiem, potrafi oblepić i zadławić gęstą siecią aromatu, jednak w tobacco jest przejrzysta. Dość szybko wyłania się smakowita nuta tytoniu wiśniowego, chmura rozkoszy, którą czasm wyczuwam okół ludzi palących fajkę. Jest w tym jakieś cytrusowe światło i przestrzeń. Piękna rzecz.

Cedre – pachnie jak świeżo wyrżnięta szufladka z orzechów, słodko, niewinnie jak niemowlę. Wilgoć pierwszych nut jest naprawdę rozkoszna, niestety nie daje się jej długo utrzymać, i suchość, która pojawia się chwilę później jest tak kontrastowa, że aż boli. Rozmaite znane mi cedry przyzwyczaiły mnie do nuty obierzyn kredkowych, tu jej nie ma, za to drewno jest jakieś takie lekko cyjankowe, żelaziste, trujące. Ten cedr rośnie blisko cisów.

Heliotrope – zapach narkozy przed operacją, senny i groźny. Dominuje gorzkawa i początkowo trochę octanowa nuta pestek. Tak jak we wszystkich Bocletach, nigdy i w żadnym wymiarze nie dochodzi do przedawkowania – stosunkowo prędko Heliotrope wpada w bardziej suche i fiołeczne rejony kwiatowe, rozświetla się. Heliotropy zazwyczaj są słodkie, i ten też jest.

Absinthe – jest oczywiście ziołowy i gorzki, nie może być inny. Jest też – co zaskakuje – leko mydlany i konopny. Myślałam, że akurat Boclet, elegancki przeciez i ciut sztywny, nie będzie w stanie tchnąć w Absinthe ducha „zielonej wróżki”, ale z przyjemnością stwierdzam, że się udało, zastępując ETOH THC. Przyjemnie buja.

© CO W NOSIE KRĘCI
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci