Menu

CO W NOSIE KRĘCI

Blog o perfumach

Klasyki

Hermes Terre d'Hermes

elve

TdHA teraz coś z zupełnie innej beczki.

Klasyk! I to męski (oczywiście umownie). Zupełnie nie miałam zamiaru o nim pisać. Jego próbki walają się tu i ówdzie po moim mieszkaniu od ładnych kilku lat, zdaje się, że chciałam jakoś zainteresować nimi męża - bezskutecznie. Mnie pierwsze powąchanie, kiedyś tam, dawno, ani nie ogrzało, ani nie oziębiło - więc Terre niejako rozpłynęło się w niebycie, moim osobistym. Ciągle jednak gdzieś majaczyło, zdecydowanie po tej stronie horyzontu zdarzeń. No i w końcu nadszedł ten dzień, około 2 tygodni temu, kiedy - mając raczej na myśli mini-recenzję w Muchach - psiknęłam Terre na rękę. To, co poczułam, zbiło mnie solidnie z tropu. Tego dnia zdziwiłam się jeszcze wiele razy. Było jasne, że mam do czynienia z kompozycją nie do zapomnienia.

Historia zaczyna się od czegoś, co początkowo miałam za jagody jałowca, potem wyniuchałam także pieprz - a więc od akordu całkowicie trudnego, cierpkiego, gorzkiego, szorstkiego. Przed popadnięciem w zupełnie ponure rejony chroni Terre spory dodatek słonecznych cytrusów - są to mocno pocięte pomarańcza i grejpfrut, uwolnione, przejrzyste, bardzo hermesowskie, czy tez może Ellenowskie. I wtem - dostają ciała, jakby jakieś promieniowanie nagle przemieniło ich najgłębszą, fizyczną strukturę, dało masę cząstkom do tej pory jej pozbawionym. I teraz najlepsze: te cząstki nadal latają. Nie wiem, jak to się mogło udać, to jakiś przepis rodem z XXII wieku co najmniej, kiedy podróżujemy z nadświetlną, a przecież, jak wiadomo, każda odpowiednio zaawansowana technika niczym nie różni się od magii. Pamiętacie Ayram alusìng? Latające góry, pewność ziemi, pustka nieba.

Podoba mi się kamienna świeżość zaklęta w Terre, tak daleka od wodotrysków kompozycji oceanicznych, ozonujących przymusowo, oblekających płuca zimną warstewką Calonu. Nie wiem do końca, kim są czytelnicy tego bloga, więc nie spytam: czy lizaliście kiedyś świeżo pęknięty kamień, najlepiej taki przypominający krzemień? Powiem tylko, wcale się nie wstydząc, że ja, owszem, lizałam, przeczuwając nieograniczoną płodność ziemi - w poszukiwaniu smaku i zapachu tego, co ukryte, może piekieł, a może jakiejś podziemnej Arkadii - w pogodni za żywym, wziętym z natury doznaniem siarki, soli, węgla. (przypomniało mi się w tym momencie Moonrise Kingdom, genialny film, kto nie widział, niech obejrzy) W Terre coś podobnego odczuwam nosem, a wrażenie jedni z naturą potęguje niewielki, lecz kluczowy dodatek mchów: drzewnego i dębowego.

W bazie w ogóle dzieje się ciekawie, bo nagle okazuje się, że jedną nogą jesteśmy w Ogródku Śródziemnomorskim. Niby tym samym, ale jednak położonym na wybrzeżu suchej Australii. Hej ho, na krańce świata, i jeszcze dalej.

Trwałość doskonała, ponad 16 godzin, wysycenie dobre, emanacja bardzo dobra, ogon przejrzysty.

Nuty: grejpfrut, pomarańcza, krzemień, pieprz, różowy pieprz, geranium, paczula, cedr, wetiwer, benzoes, mech dębowy, mech drzewny;
Rok powstania: 2006;
Zamieszał: Jean-Claude Ellena.

Guerlain Mitsouko

elve

Mitsouko1Ciężko pisać o takim klasyku.

Wszystkie stare Guerlainy, jakie udało mi się powąchać, mają tę samą, rozchwianą, nieokreśloną, ciepłą i stanowczą aureolę, blask tak mocny, że przysłania sylwetkę, która - z pewnością, za tą tajemniczą zasłoną - jest wyraziście narysowana. Mitsouko maskuje się w ten sposób już od pierwszych chwil, kiedy nie sposób powiedzieć: czuję bergamotkę, o, a teraz pojawia się aspekt brzoskwiniowy. Nie, nawet "owocowość" jest nieoczywista, zresztą pozostanie przy tym określeniu głowy byłoby nieadekwatne, niezupełne. To dużo więcej, nieskończenie abstrakcyjniej. I atrakcyjniej zresztą też.

Zachwyt odczuwam za każdym razem, kiedy minie umowna ostrość otwarcia, i zaczyna dominować - tym razem stosunkowo wyraźna - brzoskwiniowa krągłość, mleczność, aksamit, z taką łatwością dopełnione miękkim kurzem cynamonu, głębią mchu, naturalną zielenią paczuli, i już prześwitującą, na razie tylko po brzegach, guerlinadą. Mam wrażenie pełnej naturalności, co przy jednoczesnej niemożności wskazania występującego w naturze zapachowego desygnatu buduje przedziwne napięcie, wzmaga ruchliwość umysłu i jego nosowej końcówki, raz po raz zasięgającej informacji, po omacku, w ciemnościach. "Nierealny zapach skóry kobiety" - tak, to mogłoby być to, choć nikt tak nie pachnie. Ta konkretna istota, Mitsouko, nie istnieje, lecz gdyby żyła, byłaby kobieta dojrzałą, po terapii. Tę stronę perfum znakomicie podkreślała reklama z zawieszonym pytaniem: czy jesteś w jej typie? To, czy ona jest w twoim, nie ma najmniejszego znaczenia.

Mit2

W swojej wolności, dowolności i wierności sobie Mitsouko pozostaje tworem intymnym: intymnym na najwyższym stopniu zmysłowości, bez wulgarności, dosłowności, wszystkich tych łatwych podtekstów narzucanych przez popkulturę. Jest sobą, jak lis czy kruk, i w ten zwierzęcy, naturalny sposób, jest piękna. Dodajmy do tego inteligencję i wyobraźnię projektanta, plus składniki, którym mogę się z przyjemnością godzinami przyglądać, tak czyste - choć celowo zamglone - jest wykonanie. To wszystko tylko przybliża do doznania fenomenu, najprościej jest się - zwyczajnie - zaciągnąć.

mit3

Testowałam wodę toaletową z połowy lat zerowych XXI wieku. Trwałość świetna, ponad 15 godzin, wysycenie zrównoważone, emanacja duża, choć z czasem przygasa, ale to dobrze, ogon raczej dyskretny, wszak to skóra kobieca.

Więcej o licznych wersjach, reformulacjach i innych ciekawostkach możecie przeczytać na blogu Monsieur Guerlain, za którego sprawą zresztą coraz mocniej nurkuję w Guerlain - ta firma to mały, osobny wszechświat perfumowy.

Nuty: bergamotka, brzoskwinia (aldehyde C14), jaśmin, róża z Prowansji, cynamon, czarny pieprz, mech dębowy, paczula, wetiwer, labdanum, irys, bób tonka;
Rok powstania: 1919;
Zamieszał: Jacques Guerlain.

Molinard Habanita EdT

elve

habanita_staraPerfumy z chyba najbardziej niesamowita historią powstania. Otóż Habanita została wprowadzona na rynek jako produkt do aromatyzowania papierosów! Pachnidło dostępne było jako saszetki (można je było włożyć do pudełka papierosów i dać im przesiąknąć aromatem), bądź też w formie płynu (którego cienką warstwą polecano pociągać każdy papieros przed zapaleniem). Co za marnotrawstwo! Jakoś nigdy nie przekonałam się do papierosów, nie paliłam, nie palę, i bardzo nie lubię dymu papierosowego (o zapachu z ust palacza nie wspominając). Być może kiedyś papierosy smakowały lepiej, i rzeczywiście - palone - mogły pachnieć, czymkolwiek je nasączono? Na szczęście ktoś wpadł na genialny pomysł, by Habanitę wlać do pięknego flakonu Laliqua, zdobionego płaskorzeźbą przedstawiającą nimfy wodne, i - voila! - Habanita jest z nami i dziś, kiedy papierosy aromatyzuje się głównie mentolem. Wersja z 2012 roku powróciła do pięknego, czarnego flakonu z czerwonymi akcentami.
Dodajmy do tego twierdzenie producenta, że w składzie, przez zupełny przypadek, pojawiła się dodatkowa ingrediencja, o której normalnie by nie pomyślano - i mamy perfumy awanturnicze.

Przyznać muszę, że kompozycja pasuje mi do klimatu dekadenckiego, do nagle wyemancypowanych, swobodnych kobiet o wyrazistej urodzie, do zatłoczonych i zadymionych knajp pełnych gwaru, gorących spojrzeń i oddechów, tańca, swawoli i poczucia wiecznej młodości. Jest w Habanicie ogromna, magnetyczna siła zmysłowości, ciepłych dłoni, pocałunków, siła przyciągająca ku sobie ciała - gibkie, silne i spragnione dotyku.

habanita_addNutowo Habanita jest festiwalem orientalności - prominentna baza prześwieca przez zapach od samego początku, a czegóż tam w niej nie ma - słodycz wanilii i drzew, głębia ambry i paczuli, ciepły podmuch piżma. Jest bogato, słodko, zamaszyście, bardzo, bardzo trwale. W początkowych fazach wyraźniej czuję jaśmin i ylang-ylang, które chyba coraz lepiej poznaję, wyodrębniam i doceniam. To taki kwiat, który może być noszony w zastępstwie perfum - tyle ma niuansów! Tutaj rozświetla całość, nadaje jej przejrzystości, co jest zachwycającym akcentem w tak obfitej, ciężkiej w sumie kompozycji.
Wyjątkowa jak na czasy, w których perfumy powstały, nuta wetiweru jest albo nie jest obecna - w zależności od obfitości aplikacji. Przez pierwsze dwa dni nie czułam jej wcale, dziś, kiedy skropiłam skórę "grubiej" była mocno obecna w sercu kompozycji.
Migdałowo-pudrowy heliotrop również ma swoje pięć minut, pojawia się równolegle ze skórą, prowadząc z nią spójny dialog, po czym znika, pozostawiając ją w objęciach cieplejszych i cięższych składników. Skóra nigdy w Habanicie nie dominuje, podobnie zresztą jak zapach tytoniu. Ta dziewczyna jest zbyt złożona, by pozwolić którejkolwiek nucie wybić się i zawładnąć jej osobowością.

habanita_add_oldKojarzona z hasłem "the most tenacious fragrance in the world", błędnie tłumaczonym jako "najtrwalsze perfumy świata", Habanita w rzeczywistości jest owszem, trwała, ale przede wszystkim pięknie przylegająca. Fenomenalnie wtapia się w skórę, a właściwie staje się drugą skórą, idealnie podległą nosicielce, w wyjątkowy sposób oddającą jej ruchy, urodę i charakter. Mimo swej złożoności, mocy i ciężaru są to perfumy niezwykle naturalne.

Trwałość: wyśmienita, ponad 12 godzin, wspaniałe wysycenie, bardzo dobra emanacja, a ogon - chyba zależy od nastroju właścicielki. Na mnie akurat Habanita tworzyła aurę, ale może to być kwestia pociągającej nosem pogody, i tego, że nie miałam okazji nosić tych perfum na wieczorowe wyjście.

Nuty: bergamotka, brzoskwinia, kwiat pomarańczy, galbanum, malina; róża, jaśmin, ylang ylang, heliotrop, bez; paczula, wetiwer, ambra, mech dębowy, skóra, wanilia, piżmo, cedr, sandałowiec, benzoes;
Rok powstania: 1921 (1924 jako zapach dla kobiet)
Zamieszał: ?
Flakon zaprojektował Rene Lalique.
Autorem wersji EdP z 2012 roku jest pan Boucanier.

Jean Desprez Bal a Versailles

elve

Niedawne eksplorowanie L'Heure Bleue wywołało we mnie fazę retro. I jest to faza bolesna, bo człowiek naprawdę cierpi, kiedy okazuje się, że starocie, których kiedyś nikt nie chciał (ale które brało się pod dach z ciekawości, i których się potem bezmyślnie pozbywało) są niedostępne, bo zreformowane, a wersje wintydż kosztują małą fortunę. Ech! Czas leci i dzieją się rzeczy niespodziewane.

bavBal a Versailles jest akurat zapachem, który dość łatwo namierzyć i nabyć. Nie mam pojęcia, jak w jego wypadku przebiegła reformulacja - moja wersja pochodzi sprzed 2009 roku (kiedy to dostosowywanie nut do nowych przepisów stało się czymś na porządku dziennym), jest więc duża szansa, że oddaje zamysł jej kreatorów.

Nutka retro to pierwsze, co uderza w nos. Ale zadziwiająco szybko znika - parę sekund, i jest po wszystkim. Zostaje wyraziście aldehydowo-kwiatowa głowa, z wybijająca się nutą pudrowej, lekko korzennej akacji. Nuty serca nie są silnie zaznaczone - róża jest tylko dopowiedzeniem, jaśmin raczej tłem, jedynie irys ukazuje nieco więcej swego ciemno-maślanego charakteru. W całym tym kwiatowym przepychu coraz wyraźniej zarysowuje się kręgosłup tej kompozycji, którym jest fenomenalne, nieco ponure złączenie kadzidła, mchu dębowego i labdanum. Jest to akord jednocześnie słodki, popielny i przejrzysty, surowy i dający pole wyobraźni - bo rozwija się w wielu kierunkach na raz. Nie do pominięcia jest też nuta piżmowa, nie wymieniona w składzie - zwolenników czystości w zapachach może nieco przerazić cielesny aspekt tych perfum. U mnie stanowi doskonałe dopełnienie świetnej i świętej bazy.

bav_parfumMam zastrzeżenia co do trwałości - jest przeciętna, do 6 godzin. Emanacja i wysycenie dobre, ale mogły by być bardziej długotrwałe. Podobnie ogon - jest, ale krótko. Stąd wielka chęć zapoznania się z czystymi perfumami - muszą być trwalsze od wody toaletowej, którą testowałam.

Nuty: bergamotka, cytryna, neroli, ylang ylang, absolut akacji; irys, włoski i egipski jaśmin, róża; paczula, sandałowiec, wetiwer, mech dębowy, czystek, kadzidło, opoponaks, wanilia;
Rok powstania: 1962;
Zamieszali: Jean Desprez, Jean Cavallier.

© CO W NOSIE KRĘCI
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci