Menu

CO W NOSIE KRĘCI

Blog o perfumach

Już Nieistniejące

Barbara Bui Le Parfum

elve

Barbara Bui Le Parfum

Barbara Bui Le Parfum nie doczekało się u nas rzeszy fanów - podobnie jak kilka innych, swego czasu na Zachodzie kultowych zapachów, może ktoś pamięta jeszcze People of the Labyrinths? - ale w miejscach, gdzie nisza miała się dobrze wcześniej niż u nas, jest grono osób, które płacze nad utrata tej kompozycji. Ja do nich nie nalezę, ale rozumiem, że jest czego żałować.

Najpierw jest dużo alkoholu. Nie whiskey, nie rum, i na szczęście nie wino. Raczej jakiś likier, początkowo mleczny, potem bardziej kokosowo-migdałowy. To heliotrop. Przez puchatą, trochę pijaną powłoczkę przeciska się lekko octanowy jaśmin.

Stosunkowo szybko heliotrop miesza się w jedną masę z piżmem, sandałowcem (którego mleczne aspekty ciekawie podkreśla), ambrą i - słowo daję - wanilią. Ta gładka konsystencja jest bazą i siłą kompozycji. Czyni ją też klasycznym otulaczem na zimę. Trwająca pora roku raczej tym perfumom nie sprzyja.

Jeśli jednak - mimo wycofania z rynku - będziecie mieli okazję powąchać, to polecam. Wdzięk jest chyba zawsze mile widziany.

Trwałość bardzo dobra, ponad 8 godzin, wysycenie początkowo bardzo dobre, potem słabnie, emanacja powściągliwa, raczej aura niż ogon.

Nuty: przyprawy, jaśmin, piżmo, sandałowiec, heliotrop, kadzidło, ambra, cedr;
Rok premiery: 2004;
Zamieszała: Anne Flipo.

Christian Dior Tendre Poison

elve

Teraz już chyba nie ma marki Christian Dior?

Ale kiedy Tendre Poison było na rynku, właśnie tak nazywał się ten dom. Więc w mojej recenzji pozostanę przy tej pięknej, historycznej nazwie. Zresztą obecny Dior niewiele ma wspólnego z przejrzystą polityką tamtej firmy.

Myślałam o tym niedawno, że strasznie długo nie pisałam nic o już nieistniejących. A przecież nie chcę zapomnieć o tej serii, szczególnie, że wieszczę jej wielką przyszłość, niestety.

Jak pisałam w poście podsumowującym zimę, naszła mnie wielka ochota na kwiaty - i przy okazji Poison wydobyłam też jego zielonego krewniaka, młodszego brata, nieodżałowane cudo.

tendre poison

Najbardziej boli serce, kiedy okazuje się, że w rzeczywistości perfumy są jeszcze piękniejsze, niż w pamięci. Tak jest właśnie w tym przypadku. Kiedy można je było jeszcze normalnie kupić, pisałam o nich, że tak, są piękne. Że uwielbiam to uczucie, kiedy potrząsam włosami, a one spływają po nich jak coś żywego, omiatają, otulają, wręcz miłość w tym czułam. Opiekuńczość istoty ludzkiej, której jestem droga. Jest w nich coś rozczulająco matczynego.
Mimo, że początek piecze zielonym galbanum, i straszy kwiatem tuberozy - ta mieszanka jest niewiarygodna, galbanum przeżera się, i przeżera, i przeżera... i zamiast w końcu oparzyć, skapnąć jadowita kroplą - pięknieje, dojrzewa i kamienieje we łzę zielonego bursztynu, gładkiego klejnotu z życiem zamkniętym w środku. Groźba zatrucia jest tylko odległym mirażem, a miło czuć się bezpiecznie mimo gwałtownego otoczenia. To coś jak szalejąca burza oglądana zza okien dobrze okablowanego budynku. Nic się nie stanie, obejrzymy widowisko, a potem ukoją nas deszcze pachnące frezją i kwiatami pomarańczy.
Nazwa jest trafiona w punkt. To bardzo delikatna, czuła trucizna. Trucizna z załączonym antidotum. A może po prostu coś niejadalnego.

Zapach absolutnie niepowtarzalny, osiągający obecnie wariackie ceny. Wciąż liczę, że trafię na niego w jakiejś zapomnianej perfumerii.

Trwałość bardzo dobra, ponad 8 godzin, wysycenie dobre, emanacja imponująca, ogon jakby z jedwabiu, łopoczący.

Nuty: galbanum, mandarynka, bergamotka; frezja, kwiat pomarańczy, tuberoza, miód; wanilia, sandałowiec, heliotrop, piżmo;
Rok premiery: 1994;
Zamieszał: Edouard Flechier.

Już nieistniejące - Helmut Lang Eau de Parfum

elve

Helmut Lang EdPZ zupełnie niezrozumiałych dla mnie przyczyn zalicza się ten zapach do rodziny waniliowo-orientalnej. Nic bardziej błędnego! Bogate waniliowce to bardzo dosłowne, najczęściej mocne zapachy. Helmut Lang EdP po pierwsze nie pachnie wanilią, ani typowo "wschodnimi" składnikami, po drugie - jest cudownie abstrakcyjne. A przede wszystkim jest piżmem.

Gdyby kiedykolwiek napisano książkę "Rozważna i Szalona" (miast Romantyczna), to Helmut Lang EdP byłoby ta pierwszą, a tą drugą nikt inny jak Musc Ravageur. Mimo wyrazistych różnic charakterów, są to zapachy siostrzanie podobne, mające wspólną sporą część puli genowej. Puli przekazanej im przez wąsatego i brodatego, srogiego ojca, którym mógłby być Musc Koublai Khan. Dzięki matce z krainy powidoków obie zatraciły ciężko akceptowalną nutę cywetu. Ale tak jak Szalona jest wyrazista, lubi ubierać się w czerwień i krwiście malować usta, co odziedziczyła po bocznej linii krewnych, tak Rozważna preferuje beże, a promieniuje podczerwienią. Helmut Lang EdP jest mocno cielistym zapachem samego Ciepła.

W nutach widać wanilię i watę cukrową, ale nie warto dać się zwieść - to nie jest słodki zapach, a jeśli chodzi o watę to raczej chodziło o taką niecukrową: coś miękkiego, puszystego i lekkiego, przypominającego mi bardziej pierzaste kulki bawełny. Jedynym aspektem jadalnym jest w Helmut Lang EdP jego maślaność - zgodnie budowana kremowym heliotropem i oleistymi frakcjami drewna sandałowego.

Na mojej skórze Helmut Lang EdP właściwie nie ewoluuje, i absolutnie nie mam mu tego za złe. Od razu objawia się w pełnej krasie - stonowanej, cichej, a jednocześnie intrygująco pociągającej i niewiarygodnie seksownej. Szept i muśnięcie, wejście w najintymniejszą aurę, tą tuż przy skórze - to jego specjalność. Nie mogę nazwać tego zapachu pięknym, przystojnym czy wielkim, ale czegoś jednocześnie tak małomównego i uzależniającego nie spotkałam chyba nigdy. I jeszcze jedno: miałam te perfumy jakieś 7-8 lat temu, ale oddałam w ramach odchudzania kolekcji. Oczywiście był to błąd, ale ciekawa byłam, czy dobrze zapamiętałam ten zapach. Okazuje się, że tak dobrze, jak żaden inny - odcisk w mózgu jest identyczny z tym, co wącham ze skóry. Widać wart jest pamiętania.

Rozwaga nie jest jednak dostatecznie ceniona. I tak jedno z najlepszych piżm, jakie kiedykolwiek wymyślono, nie jest już produkowane.

Nuty: rozmaryn, konwalia, lawenda, wata cukrowa, heliotrop, róża, jaśmin, wanilia, paczula, sandałowiec, cedr, skóra;
Rok powstania: 2000;
Zamieszał: Maurice Roucel.

Już Nieistniejące - YSL Nu EdT

elve

Nu EdTNu Eau De Toilette był reinterpretacją dość kontrowersyjnego i bardzo androgynicznego zapachu Nu EDP - kobiecą, łagodniejszą, raczej zdystansowaną. Kiedy go wprowadzano, nie wróżyłam mu świetlanej przyszłości - oba Nu do dziś wydają mi się produktami bardzo niszowymi, dobrymi, a nawet zbyt dobrymi na szeroki rynek. Czuć tutaj mistrzowską rękę Cavalliera - perfumiarza zbyt zdolnego jak na nasz przeciętny świat.
Podobno obie wersje nadal są produkowane - nawet jeśli to prawda, to po pierwsze kiepsko jest z dostępnością w polskich perfumeriach, a po drugie - zmieniono im formuły, podobnie jak wszystkim już chyba zapachom YSL po roku 2009. Szkoda, zwłaszcza że z czasem coraz mocniej te kompozycje doceniam.

Swoją srogą nie bardzo wiem, co zrobić ze wszystkimi tymi zreformułowanymi zapachami, a konkretnie właśnie z ich wcześniejszymi wersjami - opisywać je jako już nieistniejące? Na przykład Opium - nowa formuła mocno się różni od perfum, które pamiętam z dzieciństwa. Wydaje mi się uczciwe zaliczyć je własnie do tej smutnej kategorii.

Nu EdT od pierwszego niucha skojarzył mi się mocno z zadaszonymi targowiskami Aleppo i Jerozolimy, gdzie w powietrzu unosił sie świerzbiący zapach kardamonu, miodu oraz mielonych ziaren sezamu. W Nu EDT wyczuwam właśnie głównie kardamon, i to nie tylko w nucie głowy - trwa na mnie właściwie do końca - zimno-gorącą przyprawę kręcącą w nosie, o metalicznym, pikantnym posmaku, ale bardzo rozgrzewającą. Taki właśnie: pełen przeciwieństw - wydaje mi się ten zapach - pełen orientalnych wonności (kadzidło, stonowane piżmo) a jednocześnie jakiś taki chłodny, zdystansowany, oddalony, cichy. Coś jak widok palmy przykrytej śniegiem.

Nu EdT jest jednocześnie zmysłowy i wytrawny, rozwija się łagodnie i trwa raczej przy skórze, w intymny sposób się w nią wtulając. Nawet flakon z czasem zaczął mi się podobać - ten kobaltowy niebieski jest naprawdę ładny, szczególnie w mocnym świetle.

Nuty: bergamotka, neroli, kardamon; biała orchidea, nuty korzenne, irys, jaśmin; kadzidło, piżmo, ambra, wanilia;
Rok powstania: 2003;
Zamieszał: Jacques Cavallier. 

© CO W NOSIE KRĘCI
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci