Menu

CO W NOSIE KRĘCI

Blog o perfumach

Sieciówka

Narciso Rodriguez Narciso

elve

Jest dokładnie taki, jakiego się spodziewałam. Rzadko się coś takiego zdarza.

Po raz kolejny dostajemy to typowe, rodriguezowe piżmo, i po raz kolejny jest ono odmienne od poprzedników. Okazuje się, że można eksplorować temat, i się nie powtarzać. Takie działanie nazywamy sztuką.

ru4cis

Zapach otwiera akord alkoholowy, ostry, koloński, z silną nutą geranium. Po minucie-dwóch ustępuje abstrakcyjnej róży, zapowiedzianej przez piżmo. Pierwszy raz czuję w nim tak wyraźnie malinowe aspekty, z których znane są niektóre piżma. Wspaniale jest móc przypisać temu składnikowi przymiotniki owocowe: Narciso daje nam piżmo dojrzałe, soczyste, miękkie. Co bardzo ciekawe, nachodzi mnie skojarzenie z Hot Couture Givenchy, które, jeśli chodzi o ogólną tematykę kompozycji, jest od Narciso bardzo odległe. A jednak - coś je łączy. Hot Couture było malinową konfiturą, skropioną rzęsiście złotym nektarem żywic, Narciso natomiast jest mlecznym, puchatym kremem z niewielką ilością zmiksowanych drobno owoców, dodanych wyłącznie dla aromatu, nie dla smaku. Tam była chropowata, ciemna czerwień i złoto, tu - gładka biel, beż i blady róż. Narciso rośnie, wypełnia sobą całe pomieszczenie, a warto dodać, że jest to donośny, wielogodzinny szept.

Sprawczynią odmiennego od wcześniejszych propozycji Rodrigueza brzmienia tej kompozycji jest także gardenia. Jej stargany, zielono-krwisty zapach przepływa całe ciało Narciso, jest jego tkanką łączną. Nie umiem wskazać momentu, kiedy malinowy sok zamienia się w śliską, piżmowo-roślinną ciecz, metamorfoza jest zbyt wolna, i chyba nigdy nie dobiega końca. Tak się spada na czarną dziurę. Przy czym tu mamy do czynienia z dziurą białą.

Baza to przede wszystkim cedr, suchy i przewiany, który daje o sobie znać już w sercu, fastrygując akord zielonej gardenii. Ciągłość buduje też frakcja wetiwerowa, ale nie jest to wetiwer typowy - a zatem nie zimne, bladawe kłącze, lecz ciepła, pulsująca strużka, w olejku wetiwerowym płynąca bokiem, nieco bardziej wyraźna w octanie wetiwerylu. Drewniana łódeczka przewożąca ładunek kulek bawełny, na miękkim morzu białego piżma.

Fascynuje mnie zmienność tej kompozycji. Jednego dnia najbardziej czuje gardenię, drugiego - drewnianą bazę, trzeciego - maliny, czwartego - piżmo jest potężniejsze, niż kiedykolwiek. Bardzo jestem ciekawa kolejnych odsłon.

Trwałość fenomenalna, aurę zapachu znajduję na swetrze po kilku dniach. Duża emanacja, wysycenie w normie, ogon w trybie stealth - nie widzisz go, ale on tam jest.

Nuty: róża, gardenia, piżmo, wetiwer, biały i czarny cedr;
Rok premiery: 2014;
Zamieszał: Aurélien Guichard.

Bottega Veneta Pour Homme

elve

BVPHDwa lata po doskonałym debiucie Bottega weszła na rynek z zapachem męskim. Jednak podobnie jak w przypadku wersji damskiej - nie spodziewajcie się czegoś typowego, czy też stereotypowego. Veneta pour Homme jest takim samym uniseksem, jak Veneta dla kobiet. I po długim namyśle przyznaję, że równie udanym.

Początkowo miałam zastrzeżenia do trwałości kompozycji. Jednak im dłużej jednak wokół niej chodzę, tym bardziej widzę, że jest to tylko kwestia właśnie stereotypowego nastawienia: bo przecież woda męska powinna być mocna, ostra, tworzyć uderzenie woni. A wcale nie, i w sumie bardzo dobrze. Męskość - moja wymarzona męskość - jest ponad brutalnością, i do tej rozmarzonej części mnie Veneta pour Homme w końcu zdołała się przebić, a kiedy to zrobiła - doszczętnie zdobyła moje serce.

Tak, mamy do czynienia z zapachem celowo przyciszonym, kruchym, jakimś krewnym Navegara. Nie ma tu ani jednego wykrzyknika. Początek jest zjawiskowy: zimny, kłujący, lodowato-zielony jałowiec szepce gorzko na łagodnym, niemal anielskim tle bergamotowym. Wszystko jest tu w akwareli, tak, że próbowałam się nawet dowąchać nut wodnych - ale nie, nie ma ich tu, tak pachnie najgłębsze serce składników, gdzie nie ma już żadnych obron. Temat jałowca bezszelestnie podejmuje sosna, jej rzadka, jasna krew niesie kompozycję spokojnym strumieniem dalej, gdzie pojawia się skóra. Nie mam jednak żadnych skojarzeń z cygarami i głębokimi fotelami władców tego świata - ten składnik powtarza koncept z wersji damskiej, jest czuły i promienny. Warto dodać, że zazwyczaj szybko ulatniające się frakcje głowy tu trwają znacznie dłużej niż zwykle: gorycz jałowca i surowość sosny nie odpuszczają, zaczyna je wspomagać frakcjonowane labdanum i żywica jodłowa - na tym tle akord skórzany jest pięknie eksponowany.

Całość odbieram dość linearnie, może z jednym bardzo powolnym, niezauważalnym niemal półobrotem - a mimo to nie jest to kompozycja statyczna, pełno tam lotu i małych ruchów, drżenia, pulsacji. Zapach jest tak bliski ciału, że łatwo o nim zapomnieć, i zarzucić mu to, co ja początkowo - a jednak gdy po paru godzinach wwąchuję się w przedramię, on ciągle tam jest, pyłek z motylich skrzydeł.

Na uwagę zasługuje film reklamowy, osadzony gdzieś między Lynchem - te najazdy korytarzem, ujęcia, kiedy ma się wrażenie, że zaraz coś wyskoczy zza kadru, ten czający się poza polem widzenia mrok i zło, zniekształcone dźwięki i niepokojące trzaski - a Von Trierem - wagnerowskie preludium do Tristana i Izoldy już zawsze będzie mi się kojarzyć z Melancholią.

Trwałość dobra, ponad 6 godzin, wysycenie dobre, emanacja - niewielka, ogon chyba tylko przy olbrzymiej dawce. Flakon tradycyjnie wykonany ze szkła z Murano, dobrze leży w ręce.

Nuty: jałowiec, sosna, bergamotka, papryka roczna (pimento), żywica jodłowa, szałwia muszkatołowa, skóra, labdanum, paczula;
Rok powstania: 2013;
Zamieszali: Daniela Andrier i Antoine Maisondieu.

Co tam panie na półkach

elve

GSLESSZajrzałam dziś przelotem do Sephory. Guerlain jedzie po bandzie z nazwą kolejnego flankera flankera, chrzcząc go imieniem Shalimar Parfum L'Eau Si Sensuelle. Przypomina nieco przydługi tytuł hrabiowski. Butelka urocza, mrożony beżo-róż, smukła, z piórowym pomponikiem w równie bieliźnianym kolorze. Si Sensuelle, n'est pas? Sam soczek całkiem przyjemny, to taka guerlainowska fascynacja Bottegą Venetą, przy czym tu jest dużo mniej niedopowiedzeń, ostrzej, słodziej, śmielej. Czy lepiej? Nie. Ładnie, ale bez charakteru.

Dior HPESAle przecież może być znacznie gorzej, co udowadnia Dior (kiedyś zwany "Christian Dior" - ciekawe, że za skróceniem tradycyjnej nazwy poszło wyraziste cięcie po jakości oferty perfumowej, tak, uważam, że słowa tworzą świat) najnowszym spin-offem Hypnotic Poison. Tym razem podobno jest to Eau Secrete - a jej sekret polega na tym, że jest smętnymi popłuczynami po klasyku. Temu Państwu już dziękujemy, tych Państwa nie obsługujemy.

Hermes L'Ambre des Merveilles

elve

Do zakończenia tematu najlepszych wytworów przemysłu perfumeryjnego w minionym roku brakuje mi dwóch recenzji, dziś pierwsza z nich.

LAdm

Nigdy nie recenzowałam klasycznego Eau des Merveilles, ale doskonale go pamiętam: promienny, słodko-słony, nieco mineralny, jakby oddalony zapach z wyraźnie pomarańczową aurą. Nieco dziwaczny, rzekłabym. Wyrazisty, jak na mój gust trochę zbyt odstający. Inny. Może nawet trudny.

L'Ambre des Merveilles z tą trudnością zrywa. Więcej tu słodkiego, beztroskiego życia, chyba za sprawą wyraźnej, miękkiej i świetlistej nuty drzewnej, przestrzelającej całą kompozycję. Patrzę na zdjęcie reklamowe, i widzę, że jest właściwie dobrane - ten delikatny, luźno machnięty, niedomknięty okrąg dobrze oddaje ducha L'Ambre des Merveilles: beztroskiego, otwartego, pełnego mgiełkowego słońca.

Cytrusy najwyraźniej wyczuwalne są w głowie, ale od razu mieszają się z cięższymi nutami - nie nazwałabym ich orzeźwiającymi, są raczej soczystym, esencjonalnym dopełnieniem szybko wynurzającej się, eleganckiej i przytulnej nuty ambrowej. Gdybym miała nazwać składniki tej kompozycji, wymieniłabym: pomarańczę, drewno, wanilię, słońce, i zmęczone, ale zadowolone z siebie ciało. Bardziej niż moim kochanym labdanum pachnie tu maślanymi ciastkami, posypanymi drobinkami paczuli - żeby nie było za gładko. L'Ambre des Merveilles kojarzy mi się też ze zdarzającymi się czasem dniami wczesnej jesieni, kiedy ciepło trwa jeszcze ostatkiem woli, bardziej płynące z ziemi nagrzanej latem, niż z niskiego już słońca. Wszystko tu jest takie nie-bezpośrednie, przesączone, zadumane.

Nuty: ambra, labdanum, wanilia, paczula;
Rok powstania: 2012;
Zamieszał: Jean-Claude Ellena.

© CO W NOSIE KRĘCI
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci