Menu

CO W NOSIE KRĘCI

Blog o perfumach

Ys-Uzac zbiorczo

elve

Zapachy Ys-Uzac są jak stare, czarno-białe filmy. Albo nie - stare, nieme filmy trochę podkolorowane, i z podłożonym gdzieniegdzie głosem. Nadal jednak kobiety noszą w nich kapelusiki, mają karbowane włosy i wąskie usta, nadal, co jakiś czas, pojawia się obwiedziona koronkową ramką plansza z dopowiedzeniem fabuły. Całość roztacza nostalgiczny urok czegoś minionego bezpowrotnie. Ciekawa to nisza, nie mająca pretensji do bycia przełomową, odkrywczą, awangardową - jest to raczej solidne rzemiosło, nad którym najpierw ktoś się solidnie zastanawia. Często wolę takie rzemiosło, niż tak zwaną sztukę.

ysuzac

Lale - to taca ze starannie ułożonymi owocami, delikatnymi i promiennymi jak dawno nie widziane na północy słońce. Takie zimowe skojarzenia są na rzeczy. Wszystko jest wtedy ciche, trochę zapomniane - tak własnie woła Lale, z oddali, echem. Najpierw ciepłem, potem coraz bardziej chłodnymi nutami przenosi mnie w świat zimowego snu, do krajobrazu widzianego przez szybkę wspomnień, na której kwiaty maluje pamięć. Te kwiaty, to, czego domyślam się za szybką - wcześniej nie istniało, to już twórcza funkcja pamięci, która w tym wypadku działa jak lekarstwo - koi, wygładza poszarpane brzegi wcześniejszych ran. Panuje głęboka łagodność i słodka cisza.

Lale jest zapachem medytacyjnym, kontemplacyjnym i nostalgicznym w ten miły,
nieangażujący osobiście sposób.

Nuty: Chimonanthus (krzew kwitnący, gdy spadają pierwsze śniegi), absolut z osmantusa, mandarynka; szafran, morela, różowy pieprz, róża; żywica benzoesowa, kadzidłom akord ambrowy, jasne drewno;
Rok powstania: 2011;
Zamieszał: Vincent Micotti.

Metaboles - to chyba najbardziej jednoznaczny zapach z kolekcji, najbardziej też skupiony na przyprawach. Gra w nim głównie arcyciekawy akord złożony z mięty - słodkiej, jak z gumy do żucia - oraz goździków, jasnych i kruchych. Lotności dopełnia pieprz, starty na biały pył, dociekliwy. Kompozycja jest słodka i sucha, niestety nie wyczuwam mojego ulubionego aromatu liści pomidora.

Nuty: liście pomidora, bergamotka, bluszcz, galbanum; lukrecja, czarny pieprz, goździki, geranium, mięta, ambra, żywica benzoesowa, sandałowiec, wanilia, białe piżmo;
Rok premiery: 2011;
Zamieszał: Vincent Micotti.

Monodie - otwarcie jest fascynujące. Przechodnie rozdeptują brudne, leżące na chodniku owoce. Pestki zgrzytają pod obcasami. Ciekawe jest zestawienie tego brutalnego obrazu z łagodnością nuty grejpfrutowej, zupełnie odartej z piekielnych konotacji, jakby sok rozcieńczono wodą. Całą grozę buduje w tej kompozycji galbanum i śliwka węgierka, które społem brzmią zupełnie absurdalnie (jakby do alembiku przyplątało się całe stado robaków) i jednocześnie mrocznie.

Takiego akordu nie czułam nigdy wcześniej - i jak tu nie lubić porządnego rzemiosła?

Mirabelka kojarzy mi się z końcem wakacji i łagodnością babiego lata - tu otrzymałam coś zupełnie innego, jakąś drącą się w sympatyczny sposób abstrakcję.

Baza z wyraźnym oddziaływaniem owocu, lekko już przejrzewającego, co daje ciekawy efekt alkoholowy. Może wino śliwkowe? Czemu nie, w końcu już dawno wyrośliśmy ze szkoły. Podobnie jak w Satin Doll - czuję cypriol.

Wspaniały zapach, jak dobry jazz.

Nuty: różowy grejpfrut, mirabelka, czerwona mandarynka; galbanum, śliwka, rabarbar, cyklamen, frezja, róża; karmel, białe piżmo, sandałowiec;
Rok premiery: 2011;
Zamieszał: Vincent Micotti.

Satin Doll - zapach, który nazwą kojarzy mi się z laleczką (choć powinien z Dukem Ellingtonem), zaczyna się soczyście i wybuchowo - rózowym pieprzem, świeżo roztartymi zielono-różowymi kuleczkami. W przypadku Schinus Molle powiedzenie "suchy jak pieprz" nie ma zastosowania, w ogóle ziarna pachną raczej różanie, niż pieprzowo. Mokra nuta w głowie kojarzy mi się najbardziej z nargamotą, której jednak w składzie nie ma - ale dziwnym trafem pachnie mi to tak właśnie słodko-trawiasto-ciągnąco. I ładnie łączy się z irysem, który dość szybko zaczyna odgrywać decydującą rolę w kompozycji. Mimo tego nie nazwałabym tych perfum satynowymi - są na to zbyt żywe i radosne. Wspominana wcześniej nuta jakby cypriolu - w rzeczywistości pewnie starannie skonstruowana mieszanka żywic - też przenika zapach do końca.

Aha, nie wierzcie fragrantice, nie ma tam nawet ziarenka kminku. Co dziwne, tuberozy również nie czuję, za to w bazie jest sporo kadzidła.

Nuty: elemi, różowy i czarny pieprz; irys pallida, tuberoza, jaśmin, róża; mirra, kadzidło, paczula, opoponax, mech dębowy;
Rok premiery: 2013;
Zamieszał: Vincent Micotti.

Trwałość wszystkich bardzo dobra, ponad 8 godzin. Duża emanacja i wysycenie, ogoniaste.

Dla porządku: linki do dwóch pozostałych recenzji perfum z Collection Chronochromie: Pohadka i Immortal Beloved.
A tu link do wzmianki o limitowanym zapachu, który miałam okazję poznać na tegorocznym Esxence, Sacre du Printemps, który - jak się okazuje (dopisek z 2.10.2014) wejdzie jednak do stałej oferty, co mnie bardzo cieszy, bo czarne porzeczki są super!
I tak oto mam Ys-Uzac w jednym miejscu :) Jakie to miejsce jest miłe! Jednak nie tak miłe, jak twórcy marki, których, mimo że od Esxence 2013 minęło już 1,5 roku, nadal wspominam wyjątkowo dobrze :)

© CO W NOSIE KRĘCI
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci