Menu

CO W NOSIE KRĘCI

Blog o perfumach

Parfum d'Empire Ambre Russe

elve

ambre russe

Gdzie te czasy, kiedy kochałam się w ambrach tak bardzo, że poświęcałam osobne wpisy na ich rankingi? Pochłaniała mnie ta nuta, melancholijna, śpiewna, pełna szumu i soli, słodka i ciężka od tajemnicy. Piękny był to romans, płomienny i brzemienny w wiele flakonów... aż nagle coś się zepsuło. Być może chwilową - choć chwila ta trwa już dość długo - przewagę przejęła twardsza, drzewna strona moich upodobań, i miękką, pływającą po oceanach świata ambrę wysłała na daleką tułaczkę. Nie wiem! Butelki pełne orientalnego złota stoją osierocone na półkach, i kompletnie nie mogę się na powrót do nich przekonać. To, co mnie przy nich trzyma, to pewność, że stara miłość nie rdzewieje.

Póki co jednak stare uczucie nie chce się obudzić, nawet gdy w ramach terapii wstrząsowej wywlekłam z czeluści najpotężniejszą, najbardziej rozgadaną ambrę - Ambre Russe Perfum d'Empire. Cóż mogę rzec. Bardzo chciałabym, żeby Ambre Russe pachniało na mnie od początku tak, jak pachnie po 12 godzinach imprezowania na skórze: herbatą z miodem, esencjonalnie, ciepło i żywo, w rozkosznie złożony sposób. Niestety, przed finałem nie wygląda to tak dobrze. Rozpoczyna się obiecująco - gdyby można było z mahoniu zrobić nalewkę, w której zamknięto by esencję czarnego drewna, to tak właśnie uderzałaby po nosie po odkorkowaniu. Czarny bimber, pędzony z jakichś szatańskich śliwek? Ludzie Wschodu umieją wiele. Mój kolega opowiadał kiedyś, że jego kresowa babcia potrafiła zrobić bimber nawet ze starego buta, więc jeśli chodzi o destylację - nie ma rzeczy niemożliwych. Więc może to nie przypadek, że w Ambre Russe czuję coś w rodzaju przetrawionej cholewki... Ale przy całej swojej dymnej, mrocznej fantazyjności zapach przez długi czas przygniata, w sensie dosłownym - dołuje. Buzuje niepokojąco nisko pod sklepieniem czaszki. Czyżby tak szybko pojawiała się antycypacja bliskiego robakom stanu po nadużyciu napojów rozweselających?

Kiedyś czułam w Ambre Russe wielką, rosyjską duszę, rozległą jak kazachski step, pełną przestrzeni, z dalekim horyzontem obiecującym wszystkie przygody świata. Teraz jawi mi się jako zamknięty dom, pełen pogrążonych w półmroku, zaduchu, spowitych pajęczynami pokoi o nieotwieranych długo oknach. Ciemnobrązowe meble ze szlachetnego drewna ciągle dodają powietrzu w domu mglistego splendoru, wciąż snują się tu też duchy herbaty, mocnych trunków i kadzidła, a nade wszystko duchy ludzi, którzy spędzili tu wiele niezapomnianych chwil, dzieląc się sobą z innymi - tak, spiritus wesołej społeczności jest w Ambre Russe dominujący. Jednak wszystkie te zjawy mają moc i tembr wspomnień - pojedynczo piękne i wzruszające, w nadmiarze trochę straszą, nużą, nie pozwalają iść naprzód, jak grząskie, choć urokliwe bagna.

Na osłodę pozostaje mi myśl, że poranek z Ambre Russe, jak już wspomniałam, nie jest świętem kaca. Słońce wstaje tam gdzie robiło to zawsze, głowa jest cała i o parę milionów komórek nerwowych lżejsza, niż poprzedniego wieczora, pierzyna pachnie snem i dobrze trzyma ciepło. Wymienię owe 12 godzin wyczerpującej balangi głównej, na dużo krótszą imprezę "po". Przecież od dawna wiem, że nie ma jak dobra afterka.

Nuty: szampan, wódka, zielona ambra, kadzidło, herbata, skóra, kolendra, cynamon, kumin, wanilia, drewno.

(www.luckyscent.com)

© CO W NOSIE KRĘCI
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci